RECENZJE

Departure Lounge
Too Late To Die Young

2002, Bella Union 4.2

Tytuł nowej, drugiej w dorobku brytyjskiej formacji Departure Longe płyty długogrającej, zdaje się sugerować pewne sprecyzowane zagadnienia. Too Late To Die Young. W wirze codziennej pracy, obowiązków, pośpiechu, zapominamy, że czas mija nieubłaganie, wyprzedza nas zawsze o krok, niezależnie od tego, co zrobimy. Jak to śpiewał Gilmour: "Sun is the same / In the relative way / But you're older". Nic bardziej przygniatającego. Too Late To Die Young. W jednej chwili człowiek uświadamia sobie, ile ma lat, czego jeszcze nie dokonał, ile zmarnował czasu. Jeśli widzicie jakiś sens w takim tytułowaniu krążków z optymistyczną, bądź co bądź, muzyką, to przyślijcie mi maila.

Chyba, że wiem, jak to należy rozumieć. Młoda śmierć to symbol poświęcenia, bezkompromisowości, podążania wytyczoną ścieżką bez oglądania się na innych, według własnej hierarchii wartości. Młoda śmierć Morrisona, Hendrixa, Cobaina i innych – wiecie o co biega; zawsze oprócz tragizmu biła z tego jakaś siła, niezależność, szczerość. Kiedy jesteśmy już starymi piernikami, za późno jest na "młodą śmierć". (Swoją drogą, moment ten nadchodzi wtedy, gdy przestaje was ruszać Emergency & I, jak sądzę skromnie.) Departure Lounge znakomicie nazwali więc swój nowy album. Bo choć ich debiut sprzed trzech lat, Out Of Here, zwiastował niektórym narodziny nowej kreatywnej grupy, to wraz z tegoroczną propozycją panowie odbierają nadzieję. Podczas, gdy piątka Szkotów z Mogwai nawołuje swym drugim opusem do "młodej śmierci", DL otwarcie przyznają: "Staliśmy się konserwatywnymi, przewidywalnymi odtwórcami; nagrywamy tylko dla zasady".

Paradoksalnie, nie ma niczego w Too Late Too Die Young, co przygnębiałoby wyjątkowo. Generalnie płyta jest poprawna, użyję nawet określenia "równa", bo rzeczywiście, żaden z fragmentów nie wybija się wśród innych zbyt wyraźnie – ani na minus, ani na plus. Ale sęk w tej monotonni, w tej bezradności, zabijającej, mimo widocznych chęci zespołu, wszelkie pomysłowe próby w zalążku. Przykro obserwować jest kapelę, której z pewnością nie brakuje świadomości (słychać, że kilka niezłych płytek to oni przesłuchali w życiu), czy potencjału warsztatowego. Boli wtedy, gdy wszystkie atuty zostają w szatni, jak by powiedział na pomeczowej konferencji prasowej trener przegranej drużyny. Zdecydowanie, DL brakuje ochoty do gry i wiary w zwycięstwo. Wiadomo, sama kondycja i doświadczenie nie wystarczą.

Słowo doświadczenie padło potrzebnie – gdyby ktoś chciał wiedzieć, to liderem i wokalistą Departure Lounge jest Tim Keegan, niegdyś gitarzysta u takiego gostka, co to zwał się Robyn Hitchock. Wystąpił on zresztą gościnnie w numerach "Alone, Again And..." oraz "Coke & Flakes", z których ten drugi, instrumentalna jazda pełna barw na modłę Spiritualized circa Ladies & Gentlemen, to chyba najjaśniejszy punkt całego albumu. Inni kontrybutorzy? Zasila formację Simon Raymonde z Cocteau Twins. Dwoi się i troi słynny Francuz Kid Loco, nie tylko producent całości, ale i muzyk (gra na gitarach i instrumentach perkusyjnych). Są zaproszone wokalistki. Co z tego.

W ciągu owych bez mała pięćdziesięciu minut, obraz się po prostu rozmywa. Choć szczerze, nie brakuje tu udanych motywów, melodyjek, wstawek, przejść. Już sam początek – ambientowe wprowadzenie do "Straight Line To The Kerb" może się podobać, po minucie jednak zostaje zaprzepaszczone: wchodzi wokal, typowo brytyjsko senny i zwykła gitarka a la Travis. "King Kong Frown" stara się rockować w ten sam sposób, jak "I'm The One Who Loves You", ale rywalizację z lekkością wygrywa Wilco. "I Love You" to słaba namiastka Lennona, w pół drogi między "Imagine" i "All You Need Is Love". Mimo przyjemnej, pozytywnej atmosfery, krzepiących oklasków i ładnie wiercących w ścianie gitar, pozostaje pewien niedosyt.

"Tubular Belgians In My Goldfield" trwa siedem minut, ale nie nuży i wciąga oceanicznym klimatem. Brzmi jak kolaboracja Briana Eno z DJ Shadowem, a w tle migoczą jakieś piski i jęki (generowane zresztą za pomocą oboju). Bezpośrednio z tych statycznych dźwięków wypływa narkotyczno-radosny "Be Good To Yourself", który z głosem Steve'a Masona nie byłby intruzem na The Beta Band. Instrumentalny przerywnik z wokalizą bez słów nieopisany we wkładce jest naprawdę rozczulający i tylko szkoda, że tak szybko (po półtorej minuty) mija.

Jest to jednak za mało, jak na możliwości widniejące na papierze. Ballady "Over The Side" i kończąca "Animals On My Mind", choć pozornie fajne, są zbyt przewidywalne. Wszechobecny klimat optymizmu przeszkadza sobie z wątkami tajemniczymi, przez co w głowie tworzy się mętlik. Warto oczywiście dać szansę Too Late To Die Young raz ósmy, dziesiąty, może i piętnasty. Niestety, szansa odkrycia czegoś nowego jest znikoma.

Tyle przynajmniej teraz wiemy, że Departure Lounge nie umrą młodo. Nie pozostaje więc nic innego, jak życzyć im jak najdłuższego życia.

Borys Dejnarowicz    
6 czerwca 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie