RECENZJE

Department Of Eagles
The Whitey On The Moon UK LP

2003, Isota 7.5

Oto jeden z rzadkich przykładów płyty wymykającej się klasyfikacjom. Rzetelne określanie jej miejsca pośród innych fonograficznych wydawnictw okazałoby się prawdopodobonie zadaniem ponad siły, de facto zmuszając do ukucia zupełnie nowego terminu obejmującego wartości odległe, a nawet oksymoroniczne w miksturze być może wcześniej niespotykanej. Penetracja bogactw stylistycznych The Whitey On The Moon UK LP przypomina nurkowanie w głębinach coraz to nowych obszarów i za każdym razem powracanie z perłą w garści. Niekiedy jest to sam klejnot, fully formated, a czasem organizm dopiero ukrywający kamień we wnętrzu – intrygujący, wpasowujący się w scenariusz albumu drobny eksperyment. Przede wszystkim, Iron Chrysalis i Butterfly Emerging zdołali nie tylko przelać całość swoich projekcji na taśmę, ale zamiast chaotycznych form utworzyć z tej kontrastowej materii sensowną opowieść, ujarzmiając bulgoczący wulkan pomysłów sięgających, jako rzecze Zarakrocki, gdzie detektyw Bambo nie sięga, skubiących, gdzie Skubidubi nie skubi.

Trudno nawet bliżej określić kierunki, w których bardziej zdecydowanym krokiem podąża Department Of Eagles. Po prostu idą tam gdzie idą, nie idą gdzie nie idą, a idą gdzie chcą. Na przestrzenii kilku minut potrafią zaserwować przeuroczą liryczną balladę i po chwili zawitać niepostrzeżenie w zalatujący neurozą, cyfrowy świat, czyniąc z tych dwóch rzeczywistości byty sąsiadujące. Igranie z zakodowanymi w narracyjnej percepcji utworu wzorami, doskonale egzemplifikuje "Noam Chomsky Spring Break 2002", rozpoczynający nostalgicznym, chwytającym za gardło, lecz typowo zaaranżowanym tematem, ale przeobrażającym się w dalszej części w oryginalny, futurystyczny kolaż i powracającym ostatecznie do formy pierwotnej, jakby zmodyfikowanej eklektycznymi eksploracjami środkowego fragmentu.

Warto przyjrzeć się jak z typów piosenek, które zdecydowana większość artystów ma w zwyczaju podawać w konwencjonalny sposób, Department Of Eagles wyczarowują cymes dla koneserów analiz strukturalnych, poprzez uciekanie od wszelkich oczywistości w realizacji – wydobywanie potencjału studia i rozciąganie sonicznych ram do granicy, gdzie te machinacje przechodzą jeszcze niezauważone. Nawet "Family Romance", zwyczajna, błoga pieśń a la Hamilton Leithauser (znajdująca dość standardowy finał w pozytywnym zbiorowym jamie), kryje dyskretne niespodzianki: organkowe i elektroniczne wstawki, zmiany tła rytmicznego oraz brzmień i barw głównego gitarowego instrumentarium. Podobnie "The Horse You Ride", gdzie formuła kojącego bedroom popu wzbogacona zostaje kapitalnymi oceanicznymi interludiami, a konstytucja narracyjna bezpretensjonalnie rozbita elementami solexowej dekonstrukcji – między innymi metodą przejmowania motywu przez kolejne instrumenty. Różnica pomiędzy egzekucją tych samych koncepcji w wykonaniu Department Of Eagles i większości bandów odpowiada dysproporcji estetycznej między wywleczoną na talerz główką zielonej sałaty, a misternie udekorowanym deserem warzywnym.

To w sumie niewielki procent niespodzianek Whitey On The Moon. Opener "On Glaze" wprowadza w klimat, stapiając jadący groove basowy z pobrzmiewającym w oddali echem neurastenicznych jęków. Zaraz potem otrzymujemy prześliczny poemat zahaczający o Radiohead z Amnesiaca, kruchy jak zdrowie Andrzeja Leppera i hipnotyzujący jak kurwiki w oczach Renaty Beger, zamiast oczekiwaną ekstatyczną kulminacją inteligentnie zwieńczony smakującą corridą, buńczuczną latynoską przygrywką. Statyczny, rozmyty obraz "The Piano In The Bathtub", nie tak odległy od słonecznej laptopowej psychodelii, ustępuje miejsca "Romo-Goth" – żrącej nowofalowej pieśni w elektronicznej oprawie, w sferze melodii i produkcji wokalu również budzącej skojarzenia z debiutem Walkmen. "Origin Of Love" udowadnia talent Anglików do układania ładnych i eleganckich, tradycyjnych miniaturek fortepianowych, a przecież zaraz obok napotykamy kubistyczne wizualizacje, niczym z mrocznych snów zamrożonego Walta Disneya. Mało? Kilkudziesięciosekudnowa zbitka "We Have To Respect Each Other" dostarcza sneak preview poszukiwań z działki eksploratorów z Lexa, w rodzaju Boom Bipa, a "The Curious Butterfly Realizes He Is Beautiful" rewelacyjnie integruje "żywą" kompozycję z samplingowymi aspiracjami w konwencji instrumentalnego hip-hopu. Przy closerze ponownie stajemy oko w oko z jazzową odsłoną Amnesiaca.

Jedyny fragment z zakusami "eksperymentalnymi" nie zakończony pełnym sukcesem, choć interesujący na własnych prawach, to "Forty Dollar Rug" – brytolska kombinacja rapu i zawadiackiego imprezowego nawoływania zalatuje lekkim infantylizmem. Należy jednak podkreślić: czysto intelektualna obserwacja wykorzystanych środków także i tutaj dostarczy ciekawych wrażeń, nawet jeśli praktycznie jest to najsłabszy punkt wyśmienitego albumu. Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że wgłębianie się we wszystkie meandry Whitey On The Moon to zabawa na długie tygodnie.

Michał Zagroba    
7 lipca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie