RECENZJE

d'Eon
LP

2012, Hippos In Tanks 7.0

!n !?edias ?es, bo nie wyczymię: toż to jest feno men/chłopak. Autor utworu z naszego zeszłorocznego top 20 majstrujący monster-album, pełen strzępków różnych narracji zahaczających o duchowość, a większość tej całości klęka lekka jak puch. Natomiast. W stosunkach z rodzimą dla niego krytyką za morzami to chyba ma ciężką karmę, gdzieniegdzie jakieś niskie stany szóstkowe zaproponowano w ramach tworzenia o nim tamtejszej masowej opinii. Nie zdziwiłbym się, gdyby od tego wszystkiego twarz mu się w Grimes wykrzywiała, na zasadzie tiku już może nawet. Cóż, niech ma tam na głowie przytyki, ja jednak nałożę mu na skronie kable: jeździj samotnie po eonie swem, chłopaku, tylko błyszcz tak dalej.

Przechodząc do wymykania się konkretu z rąk, migotliwego: nie ma to jak budować się w Point Never. LP jest widmową jazdą bez bandy, hauntocoasterem. Kraje subarktyczne kłócą się teraz o każdą piędź lodu, a jeden montrealczyk ogarnia, ogrywa kosmiczne struny i mgławice, wypełnione atrakcyjnymi zasobami. Dio od debiutu lustrował się z potrzeby opowiedzenia o przeczuciach metafizycznych "pozostając na terytorium popu". Nigdy wcześniej jednak nie rozwijał zamysłu na taką skalę i z takim bogactwem gatunkowym. Na sofomorze słychać Eno, Reicha przefiltrowanego przez naśladowców Riley'a, Oldfielda, Vangelisa z wiadomego OST, (Archanioła) Gabriela i (Phila) Collinsa, można znaleźć powidoki ambientowych przybudówek do chillwave'u i Lopatinowskich post scriptów do kosmische musik. Dość sensacyjne komponenty: d'n'b/jungle'owy i footworkowy, są elementami najbardziej dynamizującymi płynnie ze sobą łączone składniki. Ich ukontekstowienie w zlepku odmian medytacyjnej epickości brzmi naturalnie, wszak idzie prosto od Timeless a Severant zostaje tu zjedzone na śniadanie mistrzów (tyle że nie dałbym Kuedo 6.9).

New age'owa przestrzenność powoduje, że fragmenty synth popowe korespondują z próbami CFCF circa Continent. Właściwie kreacji zbliżonych do obecnego etapu twórczości d'Eona spodziewałem się wcześniej po tym drugim chevalierze z Królewskiej Góry, zwłaszcza po usłyszeniu "Before And After Light". Ceef przed niecałym rokiem wypuścił nawet remiks "Transparency". Jednak w wypadku jego oryginalnej twórczości co się odwlekło to uciekło; gość na tegorocznej EPce... a, nieważne.

Jeszcze o pozostałych, mniej zauważalnych patronach. Myślę zwłaszcza o genetycznych spadkobiercach tradycji muzyki afrykańskiej, wiążących Amerykanom krawaty na tańce murzyńskie, a z tej grupy o tych, którym zachciało się wywindować soulerkę w coś celestialnego. Kłania się przykładowo S.O.S. Band z "Tell Me If You Still Care". Elektroniczną wariację na tego rodzaju zakusy jak najbardziej da się u d'Eona wysłyszeć ("czuję wasz obronny soul!"). Z innym – emblematycznym – murzyństwem brata się "Chastisement". D'Eon wyzyskuje w tym numerze swoją, po kilkunastu wyczillowanych minutach odzyskaną gadatliwość. Semi-nawijka z obligatoryjnym "fuckin" pomaga mu skojarzyć się z cloud rapsami.

Przy multum odwołań i rozmyciu brzmieniowym materiał utrzymuje autorski rys. Nigdzie nie czuć szkodliwej odmiany przejęcia się konwencjami. Kultowe 'pt.'-y przewalają się po LP, ale przecież nie jak bałwany po morzu, "ma to urok, ma to czar"; sequele "Transparency" urzekają lekkością, jaśniejszymi barwami. Znane motywy melodyczne wplecione zostały dość oszczędnie w strukturę tych przeróbek, bardziej jako ozdobniki. D'Eon wysyła pod niebo strzelistości na modłę easy listeningowych wydań uduchowionego electro popu jednocześnie kombinując "na dole" po barokowemu, ze swobodą remiksującego DJa ("Signals Intelligence": syntetyczne fletnie i wspomniane wyścigi drumów z początku 90s).

Wszystko zebrane razem składa się na dominującą wizję ambient popu, czasami słuchanego z większej liczby głośników naraz niż jest do Zaireeki przykazane; i każde z tych żródeł dźwięku z osobna jest generatorem nieco innej wrażliwości muzycznej. I nawet jeśli ten album wygląda jak 73 minuty, dla których NAPISANE zostalo 14 KOMPOZYCJI, po rzetelnie wścibskim przesłuchaniu z tej presupozycji niewiele zostaje; idea organizującego całość konceptu gdzieś ulatuje, co nie oznacza porażki, materiał jest na to zbyt ciekawy pod względem czysto estetycznym.

Czy więc Dio zaszedł tu najdalej od wcześniejszego siebie w cloud rap, czy udało się stworzyć poczucie jakiegoś sacrum? Wersja 1: w tej sferze aspiracji koncept raczej się nie sprawdził - balans między medytacyjnością, transem i metafizycznym porywem a "ziemską" przystępnością, wrażeniem "normalności", jest mimo nagromadzenia tylu kontemplatywnych stylistyk jednak zakłócony na korzyść elementów drugiego członu opozycji. I mnie to całkowicie odpowiada jako rzecz dająca żyć, skończenie ludzka, do całościowego oswojenia. Z potencjałem sprowadzenia po czasie, w miarę słabnięcia wrażenia oryginalności formalnej, do zbioru powszednich przyjemności. Wersja 2: a może to już nie jest relacja przeciwieństwa, a d'Eonowi niepostrzeżenie udało się uzyskać jakąś jedność trudną nawet do percypowania? Na zanotowaniu tej alternatywy się zatrzymam, zbyt dobrze mi się słucha LP bez prób rozstrzygnięcia (jakichkolwiek) kwestii. Jak hooki się zgadzają to ważne, czy całki oznaczone?

Andrzej Ratajczak    
23 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy