RECENZJE

Delorean
Subiza

2010, True Panther 4.8

Nie no, wyraźny sprzeciw z mojej strony, który zamierzam zaraz poprzeć zbijającymi płytę po pupie argumentami. Delorean jest zespołem z nazwą zupełnie nie pasującą do tego co robi. Widzę to raczej jak czteroosobową rodzinę wyjeżdżającą nad słoneczne wybrzeże (niech nawet będzie, że hiszpańskie) swoją świeżą Skodą Octavią. Całość widzimy w telewizyjnym spocie reklamowym. Dzieci uśmiechają się, młoda blond matka ma słomkowy kapelusz. Ktoś rzuca gofrem w telewizor. Delorean wymyślili sobie styl plasujący się gdzieś na przecięciu łatwej do udawania estetyki merriweatherowskiej i ludycznej estetyki wakacyjnych przebojów przełomu dekad 90/00, jakiegoś europopu? Naturalnie z nieistotnymi domieszkami, ale tak mniej-więcej wygląda sytuacja wyjściowa, która, bądźmy szczerzy, raczej się nie rozwija.

Może w ten sposób – teza-sentencja: każdy artysta chcący wyraziście/kreatywnie wykorzystać znany genre, musi najpierw wziąć go w jakiś cudzysłów. Tych właśnie podstaw myśli humanistycznej zabrakło, czytaj: jak się chce robić europop to nie można sobie tak po prostu robić europopu (te przejścia!) bez zaznaczenia, że jest on właśnie europopem i świadomości tego konsekwencji. Takie rzeczy, przynajmniej początkowo, bierze się mrugając o tym okiem, to trzeba zasymilować. To nie lista hop bęc. Nie wystarczy [okrzyk] we’re going to Subiza. Jasne, daję plusa za bystre zauważenie, że właściwie w kwestii motoryki "hity lata" nie różnią się dalece od ostatnich poczynań Pandy i Avey’a, ale liczyłem na muzykę do słuchania, a nie próbę zagospodarowania sobie miejsca w świadomości kolekcjonerów plików od wow takiego mashupu jeszcze nie słyszałem.

Songwriting przyzwoity, więc średniacki, nie ma o czym mówić. Zaiste żaden kawałek nie zbliża się poziomem do fajnego "Seasun", zresztą tamtego singla nie obciążały tak silące się na siebie inspiracje Animalami i innym DJ'em Bobo, był po prostu konsekwencją słońca i słuchania Pandy taką, że dało się w nią uwierzyć. Owszem, są różne dodatki, jak zagęszczenie brzmienia, wokalizy z bocznych ścieżek, fajnie, poprawnie wykorzystane syntezatory w "Stay Close", który byłby jeszcze w ogóle kawałkiem do obronienia gdyby nie kontekst, przyjemny "refren" "Real Love" i pewnie paru innych, czy w końcu – niespodzianka – smaczki Hiszpanii egzotycznej jak "Bananowy Song". Zapał do poławiania bursztynków, bo nie pereł, ulega drastycznemu zahamowaniu im dalej w album, a czy nie po tym poznaje się rzeczy nudne?

Co jeszcze? Początek tracka piątego, czyli "Simple Graces" przywołał mi na myśl dalszy przebieg płyty zmieniający ją w jakąś hiszpańską Screamedelicę, którą to jednak nadzieję rozwiał już w siedemnastej sekundzie przytupującą stopą. Głupi, głupi writer. Screamedelicę, operującą post-narkotycznym luzem, nad którą wisi nieprzerwanie widmo znaczenia? Subiza jest niestety wyhodowanym na sztucznym nawozie założeniem twórców. Płytą do opisania emotikoną. Wspominałem, że im dalej, tym nudniej?

Może jestem smutnym kolesiem, jak sobie chcecie, ale czy śmiech, taniec i igrzyska, nie będące potupają na cudzych i nie najlepszych patentach to aż tak smutne i utopijne wymagania? Podpowiem wam – nie. Jakaś emotikona. Jasne, Subiza jest pewnie towarem do wybronienia, ale będę się śmiał, kiedy nikt o niej nie będzie pamiętał pod koniec roku, nie mówiąc nawet o perspektywie dłuższej, a przy tym pewne jak techno w dredzie (w dredzie?!), że Delorean ani nowego patentu nam już nie sprezentuje, ani tego nie rozwinie w sposób ciekawszy niż w tej chwili. Weź, zapomnij o tym.

Radek Pulkowski    
10 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie