RECENZJE

Deerhunter
Microcastle

2008, Kranky 6.5

Michael: You wanna play fucking games, I'll give you a game.

To wcale nie jest zabawne, gdy zespół na którego nowy krążek wyczekuje się jak sześciolatek na Gwiazdkę, wydaje album tak rozczarowywujący. Dzieci lubią zabawki, a nie sweterki. Może i babcia powie wam, że ślicznie w nim wyglądacie, jednak to nie o to chodzi. Bo sweterek, owszem ładny, dobrze się nosi, no ale przecież to miały być wymarzone klocki LEGO.

John: You ever take a drink of beer, and piss at the same time?

Cofnijmy się w takim razie w przeszłość – Cryptograms oraz poprzedzające je Fluorescent Grey (EP) skutecznie łączyły pierwiastek psycho z kraut, pop, punk, ambient i Bóg jeden wie czym jeszcze. Przy tym były to albumy na tyle wyjątkowe, że w naturalny sposób wzbudzały ciekawość tego, co będzie dalej i co ten cały Bradford z ziomkami będzie w stanie jeszcze wykombinować. Ci, którzy postanowili trzymać rękę na pulsie, odnotowali Let The Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel i doskonale zdają sobie sprawą z mocy tegoż albumu. Dalej dragi i narkowizje nagrywane na spontanie, z tą różnicą że mniej gitar, a więcej komputera. Jakościowo ta sama półka, przez co apetyt na kolejny album Deerhuntera tylko wzrósł.

Michael: A deer has to be taken with one shot. I try to tell people that but they don't listen.

Oto mamy Microcastle, gratis drugi krążek, co się Weird Era Cont nazywa (swoją drogą czyż nie uroczy tytuł?). Sprawa prosta – był sobie wyciek, do tego coś odbiło Coxowi i sam wrzucił album do sieci, a potem usuwał, przepraszał itd., jednak jednego już nie mógł zmienić – na wiele tygodni przed przewidzianą na 28 października premierą płyty, większość zainteresowanych już go dobrze znała. Dlatego też dorzucono drugiego cedeka, wypełnionego odrzutami z sesji nagraniowej. Fachowcy nazywają to b-side'ami. Dla wygody przyjmijmy, że interesuje nas tylko zameczek, a to drugie kółeczko z dziurką, to taka sobie ciekawostka i bajer dla fanów. Choć trzeba przyznać, że momentami, paradoksalnie dzięki swojej niespójności i niedopracowaniu, Weird Era Cont sprawia wrażenie bliższej temu, czego zabrakło na Microcastle. O tym może jednak dalej.

Steven: You get a deer?
Michael: Naa man
Steven: C'maaan! You didn't get a DEE-E-EAH?

Spieprzyli to. Zamiast kroku w przód, w krainę nowych doznań, notujemy odgrywanie indie standardów. Pitu pitu pierdu pierdu. Nie będę się z nikim kłócił, że następująca po całkiem niezłym intrze "Agoraphobia", to utwór słaby, gdyż tak po prostu nie jest. Faktycznie, chwytliwe, przyjemne i takiego Deerhuntera jeszcze nie słyszeliśmy. To jest moi kochani nasz sweterek – całkiem ładny, może wyrwiemy na niego koleżankę w przedszkolu, ale gdy się dokładniej zastanowić, to można sobie wyobrazić mnóstwo lepszych prezentów. Podobny poziom, co wspomniany drugi utwór, prezentuje dziewiąte "Nothing Ever Happened" i raz jeszcze, trudno określić ten kawałek jako zły, ale do doskonałości też jeszcze spora droga. Właściwie, którego utworu by nie przytoczyć, to ta sama historia – wszystko dobre, tylko nic nie dorównuje temu, co już w ich wykonaniu słyszeliśmy. Wkradła się bowiem sztampa zmieszana z brakiem pomysłów, a do tego jeszcze zjadanie własnego, całkiem krótkiego, ogonka (trudno się bowiem wyzbyć uczucia déjà vu przy utworach takich jak "Saved By Old Times").

Cox w wywiadach opowiadał o inspiracjach latami 50-tymi i 60-tymi i jest w tym jakieś ziarnko prawdy. Najbardziej słychać to w całkiem udanym "Vox Humana", którego początek to bezczelne kopiowanie Ronettes, ale i w kilku innych miejscach można nacieszyć się prostotą rozwiązań brzmieniowych rodem z tamtych czasów. Racja, znacznie więcej tu melodii, przez co album jest znacznie bardziej przystępny, ale w ostatecznym rozrachunku świadczy to tylko na jego niekorzyść. Niemal każdy utwór to podobny szablon – połowę tracklisty można scharakteryzować jako gramy skromnie, ale melodyjnie i obowiązkowo "kończymy głośno". Cały środek albumu (utwory 5-8) to podobne senne impresje, którym jednak wiele brakuje do tego co nagrał Cox w ramach Atlas Sound. Znikł pierwiastek ambientowy, kraut pojawia się również szczątkowo, przez co ni stąd, ni zowąd, zespół znalazł się niebezpiecznie blisko szufladki indie-pop. I nawet jeśli udaje im się zagrać wszystko po swojemu, zachowując unikalność wypracowanego na debiucie brzmienia, to niestety – melodie nie nadrabiają tutaj szerokiej gamy pomysłów i nuty szaleństwa, które to na Microcastle można uświadczyć w stopniu znikomym.

Michael: Stanley, see this? This is this. This ain't something else. This is this. From now on, you're on your own.

Tym samym dochodzimy do kluczowego problemu, który trapi Microcastle i bynajmniej nie chodzi tutaj o brak szaleństw oraz środków odurzających, ale o fakt, że jakkolwiek zespół skomponował parę świetnych utworów, to zabrakło w tym wszystkim pójścia pod prąd i odbiegnięcia od międzynarodowych indie wzorców. Nie mi oceniać, czy album ten jest zagraniem pod publiczkę i strzałem w gusta wszystkich wielkich indie recenzentów, czy może faktycznie o to im chodziło. Jednak nagle z zespołu unikatowego w skali globu, Deerhunter stał się jednym z wielu. Ciągle świetnym, lecz wszyscy dobrze wiemy, że stać ich na więcej.

Łukasz Halicki    
27 listopada 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja