RECENZJE

Deerhunter
Fading Frontier

2015, 4AD 6.9

Czytam Uległość i równocześnie słucham Fading Frontier i zauważam ciekawą koincydencję. Na nowe dzieła zarówno Houellebecqa, jak i Coxa świat czeka zawsze z utęsknieniem, w dodatku od lat, co jest już trochę nudne, obaj panowie poruszają się po tych samych terenach, ale wciąż trzymają dość wysoki poziom. I chyba nie ma innego wyjścia, jak tylko pogodzić się z tymi prawidłowościami. Może pobrzmiewa w tym zamiarze pewna doza rezygnacji i obojętności, ale właściwie nie ma na co narzekać – posłuchajmy tylko nowego krążka Deerhuntera. Jasne, czas, kiedy ekipa z Atlanty wymiatała najmocniej, już chyba przeminął (chodzi mi tu o rok 2007 i wydanie longplaya Cryptograms oraz EP-ki Fluorescent Grey), mimo to nigdy nie zdarzyło im się nagrać czegoś kiepskiego. Teraz, gdy media zajmujące się niezalem wciąż większość uwagi skupiają na Kanye czy Swans, Deerhunter może trochę odetchnąć i bez stresu pograć swoje.

"Wciąż to samo, zmienia się pogoda i wiek". Po odpaleniu płytki startującej od "All The Same" (cóż za symptomatyczny tytuł) poczułem się, jakbym słuchał Microcastle. Nie zdziwiłbym się, gdyby w jakimś wywiadzie Bradford Cox (który napisał wszystkie kompozycje oprócz "Ad Astra" – to oczywiście dzieło Locketta Pundta aka Lotus Plaza) przyznał, że odrzucili ten kawałek podczas pracy nad wydanym siedem lat temu długograjem, ale właściwie na tym kończy się moje czepialstwo – skoro operuje się tak sprawnie piosenkową formą, w dodatku obdarza wszystko ładnym, ulatującym w powietrze refrenem, to jakoś trudno o złe słowo. Lecimy dalej i wkraczamy w podobne warunki. Ale znowu "Living My Life" nie pozostawia mnie w obojętności, tylko ujmuje nie tylko marzycielskim mostkiem, ale i zapętlonym, nośnym chorusem. Jeszcze przed albumem mogliśmy zapoznać się z trzecim w stawce "Breakerem", który z miejsca stał się hajlajtem. Cox załatwił tym pięknym, przejrzystym refrenem samego Mateusza Mondanile'a (skuteczny atak na Real Estate, nie na Ducktails), tak jak Zandberg załatwił ostatnio Millera.

Powiedziałbym, że środek płyty robi mniejsze wrażenie, ale zarówno "Duplex Planet", jak i "Take Care" (zwłaszcza ten drugi) czarują psychodeliczną mgłą i kolejnymi zgrabnymi, eleganckimi melodiami. Argumenty przeciw mogę wytoczyć dopiero przy "Leather And Wood", brzmiącym jak niespecjalnie wzruszający fragment Parallax Atlas Sound, choć te widmowe klawisze niosą ze sobą jakiś upiorny klimat, tworzący coś może nie zachwycającego, ale na pewno frapującego. Natomiast myślałem, że najmniej z całego Fading Frontier będzie podobać mi się "Snakeskin", ale wciąż nie odrzucają mnie dziarskie gitary, a od 2:10 już w ogóle nie w głowie mi krytyka – sprawdźcie ten psychodeliczny bridge rodzący się z euforycznego uniesienia Coxa. A najlepsze Deerhunter zostawili prawie na sam koniec. Jak już powiedziałem nawiasem, "Ad Astra" to jedyny utwór ułożony przez Pundta, za to najpiękniejszy w całej trackliście. Snująca się w klawiszowym akompaniamencie nocna pieśń wyśpiewana przez natchnionego frontmana ociera się o magię (3:47 to fragment, przy słuchaniu którego mogą polecieć łzy). Właśnie za takie momenty publika kocha ten świetny zespół. Po nim pozostaje już tylko closer pieczętujący kolejny, świetny materiał w dyskografii Deerhuntera, przebijający ostatnią Monomanię i może tylko odrobinę słabszy od Halcyon Digest. W każdym razie Amerykanom udało się nagrać spoko soundtrack do czekania na wolną Polskę. Ale dość pisania, już już, szybko szybko, trzeba wracać do słuchania i czytania. Ja czytam, ty czytasz, on czyta, my czytamy.

Tomasz Skowyra    
6 listopada 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie