RECENZJE

Deerhoof
The Runners Four

2005, Kill Rock Stars 5.9

"Słyszałem takie akcje", że to najbardziej przystępny, zwyczajny, "straightforward" krążek grupy. Przepraszam, nie rozumiem ludzi, którzy nie rozumieją hip-hopu w Polsce. Gdyby Deerhoof planowali poprowadzić na przykład "Twin Killers" według obowiązujących standardów, nie niweczyliby tego groteskowego (jak się później okazuje), idealnego intro do natchnionego indie-anthemu klasycznie rockerskim, ciężkawym drivem; gdyby celowali w szczere granie, nie szatkowaliby w paru innych miejscach gotowych wzorów na alternatywne power-popowe single lub cięte gitarowe przeboje zahaczającymi o nonsens odjazdami albo działającymi na nerwy zabawami z dynamiką.

Struktury są niby piosenkowe, ale tradycyjnie w przypadku Kalifornijczyków kanciaste, rozdzielne i nieciągłe, a tutaj brak płynności uwiera nawet bardziej niż do tej pory, szczególnie w drugiej części przydługiej, odrobinę męczącej płyty. Co nie zmienia faktu, że Deerhoof staje się powoli marką, na której można polegać – nieoczywiste, starannie wykoncypowane formy, stale towarzyszący duch eksperymentu narracyjnego i maksymalna kondensacja treści idą w parze z jakością motywów. Fenomen, bo z jednej strony przecież umysły ścisłe precyzyjnie realizujące obrane pomysły według założenia: zero ozdobników; a z drugiej ogromna wrażliwość estetyczna, sporadyczny uśmiech do słuchacza jakąś ładną melodią. (Tutaj należy jednak ponarzekać, że wyjątkowo trafiają się na Runners Four fragmenty, które w kontekście dorobku zespołu można określić mianem "smętów" – zestawiając z "normalnym" Deerhoofem "Chatterboxes", "Odyssey" i "After Me The Deluge" to niemal kolędy w guście "Cichej Nocy".) Wypracowali też swój styl: trademarkowe, tnące jak brzytwa gitary, czasami wręcz jak Mach 3 maszynka z potrójnym ostrzem, a z przodu cienko popiskująca Satomi, obdarzona głosikiem potrafiącym przy gorszym humorze zirytować. Dochodzi jeszcze syntezator, jednak wszystko ujęte maksymalnie surowo kurcze, raczej golenie "na mydło" (czyli że bez piany). Właściwie art-punk, ale niezupełnie. Spaz-core też nie.

Mam problem z Runners Four taki, że nie do końca pojmuję na czym polega. Gra w dekontekstualizację esencjonalnie rokendrolowych riffów w tradycji Stonesów, The Who: ciekawa. Natomiast nie dociera do mnie koncept kawałków w rodzaju "After Me The Deluge", "Sirius Tar". Czy to ma być zniekształcenie schematów piosenki popowej, wyśmianie nieskomplikowanego myślenia "spokojna zwrotka – ostry refren"? Nawet coś by w tym było, bo zabawnie trywialne kompozycje wypadają przedstawione oczami z gruntu dziwacznego i abstrakcyjnego Deerhoofa. Praktycznie naturalna parodia.

I tak najlepsza jest prog-rockowa psychodelia "Running Thoughts". Normalnie Acid Mothers Temple prawie. Wymarzony kierunek rozwoju.

Michał Zagroba    
15 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie