RECENZJE

Deerhoof
Milk Man

2004, Kill Rock Stars 6.3

Deerhoof to grupa, która z powodzeniem wnosi na amerykańską scenę niezależną własny specyficzny rodzaj uczucia, odcinając się właściwie od schematów noise'u czy no-wave. Odnoszę wrażenie, że mało kto potrafi w tak dziwaczny, precyzyjny, jednocześnie zajmujący sposób rozkładać piosenkowe przyzwyczajenia, balansując na granicy przystępności i eksperymentu. Nieliczne tylko Solexy się zdarzają. Do tego potrzebna jest kompozytorska cnota, a talentem kwartet z San Francisco po prostu ocieka. Należą do załóg z każdej strony eksplodujących potencjałem – swobodnie byliby w stanie wysmażyć krążek z zaraźliwym popem, angażującym prog-noisem albo jakąś swoistą oryginalną odmianą post-punku, prawdopodobnie nieźle przy tym wymiatając. Prowokacyjna i lekko dokuczliwa dla odbiorcy lapidarność w dawkowaniu poszczególnych elementów, ich redukcja do czystej esencji, sprawia że zawiera się w muzyce Deerhoofa pewna ambiwalencja: z jednej strony w utwory z Apple O' i Milk Man wpisany jest niedosyt, rodzą one pragnienie, by ze skromnych form wykluło się coś prawdziwie pełnego, mięsistego; z drugiej cały czas towarzyszy świadomość, że na tym niedopowiedzeniu, grze pozorów, realizacji narracyjnej, polegającej na stałym przepoczwarzaniu się nigdy nie rozkwitających miniaturek, po prostu opiera się metoda twórcza obrana ostatnio przez Deera. Ilustracją "Rainbow Silhouette", gdzie kolesie wymyślają motyw błagający o rozwinięcie w żarliwy popowy numer, rozbierając kawałek na niemożliwie drobne rozłączone części, interludia przetwarzające te same tematy. To bardziej takie założenie – w kierunku unikania zrzynki – niż zwykły intelektualny kaprys.

Zasadniczo Milk Man nie odchodzi tak daleko od poprzednika, choć trochę brakuje tu świeżości Apple O'. Jordan już nie fruwa, a Dieterich i Cohen nie wycinają tak wykurwistych hooków jak to miało miejsce rok wcześniej. Nadal, doznaję przy poczuciu humoru. Check śmieszne melodie, takie jakie wymyślają tylko Japończycy (lub ludzie z nimi obcujący) i okładka prezentująca mlecznego "potwora" z bananami i truskawką wbitymi w głowę, pachę, i pośladek. What up, o co chodzi? Ponadto, znowu uderza symetria brzmienia, ale z takim posmakiem egzotyki i wyobcowania, oraz czysta treść muzyczna na płaszczyźnie produkcyjnej – selektywność i przejrzystość, mogące wręcz ująć Milk Manowi (podobnie jak Apple O') głębi w sensie emocjonalnym. To odsysanie tłuszczu do samych niezbędnych składowych może kojarzyć się w tym przypadku z chłodem i wyrachowaniem, jak by zainteresowani byli bardziej "stanowiskiem teoretycznym" niż wyrażaniem emocji. Ale czy dobrze ułożony muzyk-filozof potrafiłby podminować to jeszcze taka dawką niewymuszonej psychozy i urody zarazem? Deerhoof dostarczają rozrywki miłośnikom awangardy i w odwrotną stronę chyba podobnie.

Michał Zagroba    
18 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie