RECENZJE

Deerhoof
Deerhoof Vs. Evil

2011, Polyvinyl 6.2

Deerhoof od lat są instytucją. Brzmią jak nikt inny, w najlepszych momentach nie ustępują absolutnie żadnemu z im współczesnych, są niesamowici na żywo, albumy nagrywają często a zawsze są one przynajmniej ciekawe. Ponad dwa lata dzielące Offend Maggie od Deerhoof Vs. Evil to według standardów tego zespołu bardzo długa przerwa. Nie powinno pewnie dziwić, że przy porównaniu tych dwóch płyt słyszy się dwa różne Deerhoofy.

Widzicie, Offend Maggie było świetne, było jedną z najlepszych płyt (słabego) roku 2008 i najlepszym albumem Deerhoof od wydania klasycznego Apple O', jak tamta płyta balansującym między groźnymi jak czujące krew rekiny riffami, słodkimi jak "Atomówki" wokalizami Satomi Matsuzaki i kompletną niezdolnością zespołu do usiedzenia w miejscu. Vs. Evil zdecydowanie przechyla się w stronę słodyczy i nawet pewnej stabilizacji, której zakosztowali na Friend Opportunity. Deerhoof Vs. Evil można natychmiast zidentyfikować jako płytę Deerhoof. Ale to dziwna płyta Deerhoof – mogę jej w tej chwili słuchać na głośnikach, moja dziewczyna jest w pokoju i wcale nie wydaje się zirytowana. Kurde, pewnie mógłbym jej nawet słuchać z mamą. Zespół nagrał swoją najczystszą, najgładszą i najbardziej wyrównaną płytę. I chyba też najmniej interesującą. Brak tu tych średnio ciekawych, nie wyewoluowanych eksperymencików, które zalegają po kątach wielu wydawnictw Japonki i Amerykanów, ale brak też eksplozji geniuszu – nie ma "Panda Panda Panda", nie ma "This Magnificent Bird Will Rise", płyta się miło skrzy, nigdy nie płonie.

A mimo to ocena u góry jest jaka jest – całkiem wysoka, co nie? To dlatego, że Deerhoof nie działający z pełną mocą, po czternastu latach od debiutu, wciąż są jednym z najbardziej kreatywnych zespołów świata. Najlepszy track to "Super Duper Rescue Heads!" (nie bez kozery mowa była o "Atomówkach"), śliczna ballada jadąca na mieniących się klawiszach, która w pełni korzysta z wypolerowanego brzmienia albumu (jazda kończy się zaskakującą i dziwną kraksą, ale to Deerhoof). Zaśpiewane przez Grega Sauniera uduchowione "Almost Everyone, Almost Always" jest niemal równie ładne. Jest też jeden mutowany rocker w starym stylu w postaci robiącego dziwne rzeczy z zeppelinowatym riffem "The Merry Barracks". Deerhoof Vs. Evil nie jest kolejnym wielkim sukcesem w godnym szacunku katalogu ani płytą, od której warto zaczynać znajomość z tymi wykonawcami, ale wystarczy, żebym zachodził w głowę co ci weterani jeszcze wymyślą.

Łukasz Konatowicz    
14 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie