RECENZJE

Decemberists
The Hazards Of Love

2009, Capitol 3.8

Niewiele zespołów może pochwalić się takim zainteresowaniem z naszej strony jak Decemberists, więc z czystym sumieniem odpuszczam sobie przybliżanie dyskografii zespołu i kwestie pokrewne. Co więcej wystawiona ocena w pewien sposób współgra z tendencją postępującą wraz z recenzowaniem Meloya – wydaje się więc, że nie za bardzo jest, o czym pisać. Niemniej jednak spróbujmy.

Przede wszystkim pokuśmy się o próbę wyjaśnienia fenomenu Colina Meloya. Zdolności, która pozwala mu, przy zaledwie ponadprzeciętnych umiejętnościach, pozyskiwać sobie rząd dusz a właściwie rządy, gdyż nasz artysta zmieniając środki wyrazu, nieustannie lawiruje pomiędzy targetami. Chciałoby się powiedzieć: "na pozór skomplikowane, w rzeczywistości proste", wątpię jednak czy tezą: "wyparcia akustycznych narracji założeniami prog-rockowego koncept albumu" ostatecznie wyjaśniam zmiany zachodzące w twórczości Decemberists. Wydaje mi się, że można by pójść jeszcze dalej, nawet jeśli moją główną podporą będzie "gdybanie" oraz dwa poniższe teksty.

Tekst pierwszy to recenzja EP-ki The Tain autorstwa Witka Wierzchowskiego.

Drugi tekst to recenzja tej samej EP-ki autorstwa Tomka Waśki.

Postaram się nie wartościować tych recenzji i nie oceniać ich pod kątem merytorycznym, zakładam po prostu, że są to dwie, niezależne opinie na temat jednego dzieła. Teksty zostały napisane w tym samym roku i dotyczą jednej płyty. Pobieżna analiza, podczas której wspomagał się będę własnymi (a więc subiektywnymi) spostrzeżeniami, nie będzie miała na celu wykazania, że któryś z recenzentów się myli – byłoby to dość absurdalne. W ustosunkowaniu się do powyższych tekstów będę raczej szukał usprawiedliwienia dla mojego surowego osądu ostatniej płyty, sympatycznego przecież Amerykanina.

Zacznijmy pomalutku, od oczywistego, ale być może wartego uwagi spostrzeżenia, że stosunek do płyty mógł wpłynąć na formę tekstu. Kiedy The Tain ukazało się na portalu Screenagers w dziale z recenzjami (być może nobilitacja dla tak krótkiej płytki) w postaci pełnoprawnego objętościowego tekstu, na Porcys miejsce znalazło się dziale z brudnopisami, czyli w niezobowiązującej, krótszej formie.

Skupmy się na języku, próbując wyłowić słowa klucze, które pozwolą nam zrozumieć, dlaczego dwóch, doskonale znających i wysoko oceniających poprzednie dzieła Dekabrystów, recenzentów tak skrajnie różni się w swoich opiniach. W tym wypadku przyjmijmy założenie, że recenzje stanowią coś więcej niż rozbudowaną wersję oceny – pozwalają nam wnioskować o oczekiwaniach, o najlepszym możliwym The Tain istniejącym w idealnym świecie każdego z autorów. Współgranie z tymi, powstałymi wcześniej (na przykład podczas odsłuchiwania poprzednich albumów Meloya), konceptami tworzy pożądane napięcia odpowiedzialne za stwierdzenia: "jesteś w mojej drużynie". Oczywiście wzory rządzące indywidualnym odbiorem poszczególnych albumów powstają także w wyniku słuchania innej muzyki. Dzięki temu jeszcze przed przesłuchaniem danej płyty jesteśmy świadomi zasad, które przyjmiemy przy analizowaniu dzieła należącego do danej stylistyki (popularność tagów). Mając podstawową wiedzę na temat artysty (potrzeba "szufladek") możemy już zawczasu ograniczyć liczbę schematów, którymi będziemy podążać słuchając albumu. Być może właśnie dlatego tak rzadko artystom z długim stażem udają się nieoczekiwane wolty. Łamanie konwencji budzi sprzeciw, gdyż uderza w naszą wiedzę o świecie, w naszą pewność siebie i wiarę w porządek rzeczy.

Czy dziennikarz muzyczny ma prawo być konserwatywny? Chyba nie. Na pewno powinien być otwarty na grę konwencją. Tak jak dobry czytelnik, bo przecież recenzent też jest czytelnikiem. Tylko czy istnieją zasady łamania konwencji czy też, jest to stwierdzenie z gruntu rzeczy sprzeczne i absurdalne. Jeśli takim jest, to czy oznacza to, że można mieszać wszystko ze wszystkim, zagryzać smooth-jazzowe sample podwójną stopą i zapijać je eliksirem z banjo i ustnej harmonijkij. Być może istnieje więc jakieś "decorum" – nawet jeśli nie w łączeniu jednego z drugim, to w sposobie w jaki się to robi? Stylistyka, konwencje, sztuka w ogóle – rzućmy okiem na to, co myślą nasi koledzy!

W pierwszym z dwóch akapitów Tomek Waśko nakreśla powstały, według niego, konflikt, objawiający się ścieraniem dwóch gatunków muzycznych: indie-popu z prog-rockiem. Tomek pisze o "metalowej wersji Decemberists" (co może wskazywać, że Decemberists jest przez niego jednoznacznie konotowane jako zespół popowy – dla przykładu zwrot: "metalowa wersja Slayer" nie miałaby sensu), która jest dla niego równoznaczna z obniżeniem poziomu całości. Nasz, były niestety, redaktor przedkłada przyjemność słuchania nad ewentualne, intelektualne założenia wydawnictwa, pisząc o The Tain jako o EP-ce "przeintelektualizowanej" i "ciężkostrawnej". Interesujący jest tutaj zwłaszcza zwrot "przeintelektualizowanie", który jednoznacznie wskazuje na brak zgody recenzenta wobec zmiany konwencji i pozostawiający go przy dekodowaniu dzieła za pomocą schematów wykorzystywanych przy poprzednich płytach. Tomek zestawia "naturalną" cechę Decemberists jaką jest przebojowość ze "sztuczną" ideą podporządkowania dzieła pewnemu konceptowi.

Największa różnica w postrzeganiu The Tain zawiera się w ocenie, nazwijmy to ogólnikowo, spójności albumu. Gdy Tomek zwraca uwagę na pewien "konflikt", recenzent Screenagers pisze o wyjątkowej harmonii dzieła Decemberists. Według niego sfera muzyczna doskonale współgra z przekazem. No i tutaj ktoś mógłby wytknąć mi błąd. Przecież Tomek pisze o nieprzystającej do siebie warstwie muzycznej a Witek zwraca uwagę na jej związek z konceptem/treścią The Tain. Rzeczywiście, warto zwrócić na to uwagę – zupełnie inna perspektywa recenzencka. Pierwszy dziennikarz daje pierwszeństwo historycznemu kontekstowi, podświadomie sytuując nową, wówczas, EP-kę pośród jej poprzedniczek, kładąc nacisk na formę, strukturę piosenek i oceniając ją pod tym kątem. Drugi, już na początku podkreśla pewną jej niezależność, określając wydawnictwo mianem opowieści i poświęcając sporo miejsca na przybliżenie jego konceptu. To, co zdawało się odrzucać Tomka, Witka zdaje się fascynować. Do tego stopnia, że pisząc o pierwszym utworze zdobywa się na kontrowersyjne stwierdzenie: "wspaniały wstęp (jest) rewelacyjnym tłem dla tekstu".

Wydaje mi się (a przynajmniej mam taką nadzieję), że stosunek autorów do zespołów takich jak Deep Purple nie jest kluczem do rozwiązania "problemu" tak skrajnych ocen. Zamiast wertować półki chłopaków, raczej sięgnąłbym do seriali. Dokładniej do spostrzeżeń pani Ang interpretującej listy widzów "Dallas". Oczywiście, istnieją dwa poziomy, na których odbieramy dzieło: denotacyjny i konotacyjny. Ten drugi poprzez identyfikację pozwala nam na wzruszenie i współczucie, uruchamiając "emocjonalny realizm". Myślę jednak, że w środowisku ludzi znających więcej niż 500 płyt (że pozwolę sobie na Gwaryzm), istnieje możliwość odnoszenia formy do formy. Oczywiście dalej jest to konotacja, tyle że pojmowana nie jako tęsknota za koleżanką z podstawówki a np. tęsknotą za melodią z "Here I Dreamt I Was An Architect" (Tomek i forma) czy intelektualnym konceptem The Wall (Witek i koncepcja).

Co z tego wszystkiego wynika? Chyba głównie przesada powodowana zbyt emocjonalnym podejściem do sprawy. Z tego też powodu, w przypadku The Tain znacznie bliżej mi do oceny Tomka, ale wiem, że gdybyśmy recenzowali debiut sytuacja wyglądałaby odwrotnie. Oczywiście mi też zdarza się pisać pod wpływem emocji (dajcie mi tylko do zrecenzowania najbliższego Brocka a zobaczycie), ale akurat w kwestii Meloya jestem zadziwiająco chłodny i analityczny.

Czy istnieje więc sposób, aby zrecenzować Hazards Of Love nie stosując argumentów którejś ze stron? Do pewnego stopnia tak. Podobnie jak Tomek skupiłbym się na formie ale, ale nie odnosiłbym jej zbytnio do poprzedniczek. Podkreśliłbym… a w zasadzie już to robię, więc: podkreślam, że nie ma nic obiektywnie złego w prog-rocku (choćby ostatnie Cancer Conspiracy) czy ciężkich riffach (przykład chyba niepotrzebny prawda?), ale są to tworzywa bardzo specyficzne, w pewien sposób ekstremalne (wspomniany ciężar), które niezwykle ciężko łączyć z innymi gatunkami. I to nie do końca Meloyowi wychodzi. Wbrew pozorom ten najbardziej pomieszany "The Wanting Comes in Waves/Repaid" przez pierwsze parę minut nawet się broni. Ciężko jest nadążyć za tym wszystkim: typowa dla wczesnego Decemberists piosenka, przemienia się w new-pornographerowski lovesong, by doznać brutalnego cięcia black-sabbathowską średniówką. Powiedziałbym, że do 3. minuty jest to intelektualnie przyciągające, ciekawe. Za ciężkim riffem stoi pewnie pojawienie się czarnego charakteru, ale no właśnie – mało mnie to obchodzi.

Główną bolączką tej płyty jest fakt, że ciekawa w teorii mieszanka folku, prog-rocka i popu (śladowe ilości) powstała na bazie, zaskakująco wręcz, miałkich i nudnych składników. Liniowo rozwijające się "The Abduction Of Margaret" czy "The Queens Rebuke / The Cross" nie przyciągną fanów muzyki gitarowego grania samą stylistyką. Tak samo jak ostatni na płycie rzewny, cowboyski i nudny "The Hazards of Love 4 (The Drowned)" nie zdobędzie zwolenników wczesnego Decemberists. Wydaje się, że Meloy skupiając się na opowiedzeniu historii i zaskakującym mieszaniu stylistyk całkiem zapomniał o kompozycjach składowych.

Tę płytę uratować może tylko ogromna sympatia do, pojawiających się w dziwnych miejscach, riffów oraz, być może, położenie maksymalnego akcentu na koncept, opowieść. Ucieszyłbym się bardzo, gdyby właśnie taki tekst pojawił się na Screenagers, bo nie dość, że potwierdziłby w pewnym stopniu, moje średnio stabilne wywody, to jeszcze zaspokoiłby tych, którzy odbierają muzykę w trochę inny sposób. Ja im nie pomogę, Twoja kolej Witku!

Jan Błaszczak    
28 marca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie