RECENZJE

Decemberists
The Crane Wife

2006, Capitol 5.9

Ciekawą przygodę miałem z The Crane Wife. Otóż po pierwszych przesłuchaniach byłem święcie przekonany, iż jest ona po prostu kolejną tradycyjnie folk(pop)ową propozycją kwintetu ze Stanów Zjednoczonych. Napisałem nawet skromny tekst na ten temat, który pozwólcie, że zatrzymam sobie na pamiątkę. Well, nie wiem jak to się stało, widocznie musiałem przespać fragmenty w których brzmienie Amerykańców, niczym Dr. Jekyll z lekkiego (popowego) przeistacza się w ciężki, momentami nawet agresywny rock z pod znaku Mr. Hyde'a, a utwory rozrastają się do kilkunastu minut. Ale może po kolei spójrzmy.

Otwierający "The Crane Wife 3" jest jeszcze skonstruowaną à la Decemberists kompozycją (parę akordów, chwytliwe pianinko, zwrotka refren and so on). Lecz już na "The Island: Come And See – The Landlord's Daughter – You'll Not Feel The Drowning" (co widać po samym tytule) mamy ponad dwunastominutową, zahaczającą gdzieś po drodze o XVI-wieczną irlandzką karczmę, muzyczną jazdę. Potem przez pewien czas znów jest piosenkowo ("O Valencia!" przywodzi na myśl wczesnego lirycznie usposobionego Meloya), natomiast już "When The War Came" zaskakuje nas mroźnymi przesterami i rockową kanonadą, jakże nieprzystającą do tej ciepłej ekipy. Głos Colina powtarzający "With all the grain of Babylon" na tle tych wojennych harców gitar brzmi jakoś nieswojo. Być może takie było zamierzenie, by odbiorcą wstrząsnąć – w każdym razie mnie specjalnie nie zachwyciło. Już bardziej "Summersong" – oto Decemberists jakie chciałoby się słyszeć – zwiewne i melodyjne (a nie jakieś tam wymiataniee...). Na koniec mamy jeszcze rozciągnięte do granic wytrzymałości (razem blisko 17 minut) "The Crane Wife 1 & 2" i "Sons & Daughters", które mogłyby być czymś w rodzaju epickiego zakończenia "California One / Youth And Beauty Brigade" wieńczącego Castaways And Cutouts, ale przy rzeczonym pół-klasyku wypadają raczej bladziutko.

Myślę, że jedyne czego tej płycie brakuje to odpowiedniej ilości naprawdę wyrazistych melodii (co nie zmienia faktu, że parę takowych tu znajdziemy). Znaczy czasem The Crane Wife bywa, że tak powiem, jednostajna songwritingowo, ale jako nudną już bym jej nie określił. Także słucha się tego miło i przyjemnie, aczkolwiek bez większych wzruszeń. Oczywiście w przypadku zespołu o tak uznanej marce są to bardziej narzekania w stylu: "taak, jest dobrze – chociaż mogłoby być lepiej", bo starzy wyjadacze jak zwykle potrafią utrzymać odpowiednio równy poziom i dramatycznie słabe rzeczy się im nie przydarzają. Więc niby wszystko jest w porządku, a jednak trochę szkoda. Na koniec może jeszcze jako ciekawostkę odnotujmy, iż podobnie jak na ubiegłorocznym Picaresque w proces produkcyjny włączył się Christopher Walla, znany też jako członek tak lubianego powszechnie (mam nadzieję) zespołu niezal-rockowego Death Cab For Cutie.

Paweł Greczyn    
8 marca 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie