RECENZJE

Decemberists
Her Majesty The Decemberists

2003, Kill Rock Stars 6.4

Szersze grono miłośników folkowego grania, ciepłych melodii oraz prozy przygodowo-podróżniczej pokochało Decemberists gdzieś w maju tego roku (nawiasem mówiąc, to pierwsze wydanie dla Hush Records miało miejsce już w czerwcu 2002). Lato powoli zaczynało wkradać się po zwyczajowej przerwie, a najwięksi fani tuląc czule Castaways And Cutouts ze łzami w oczach wsłuchiwali się w przeważnie gorzkawe, z charakterystycznym akcentem artykułowane opowiastki. Beznadziejnie rozklejając się przy dotykających absolutu dźwiękach "Here I Dreamt I Was An Architect", by równie naturalnie, radośnie pląsać przy "July, July!". Zresztą, choć nie uważam się za miłośnika zarówno ludowych przygrywek, jak i Robinsona Cruzoe, to sam w lecie pasjami katowałem C & C, a Colin Meloy dołączył do szerokiego grona moich faworytów.

Od tamtego czasu minęło ładnych parę miesięcy (nie pytajcie kiedy), a wszyscy cieszymy się już z następczyni w postaci Her Majesty. Ta bez innowacji podejmuje marzycielskie wątki przygasłe wraz z "California One Youth And Beauty Brigade". I nic nie poradzę, że w tym miejscu jako setna osoba pisząca o fenomenie grupy przywołam nazwę Neutral Milk Hotel i jej opus magnum, In The Aeroplane Over The Sea. W końcu suto czerpiąc z esencji jaką zawiera wspomniany klasyk sami sobie na to zasłużyli. Nie mówiąc już o tym, że sam wokal i styl komponowania Meloya ewokuje nazwisko Jeffa Manguma. Nie będę też oryginalny podkreślając drugie źródło wysuwające się na czoło inspiracji zespołu, a mianowicie ostatnio notorycznie odświeżanych (check out Saturday Looks Good To Me czy Shins) Belle And Sebastian. I choć jest to dość daleko idące naśladownictwo, to nie da się zaprzeczyć, że na tymże gruncie udało im się stworzyć dwa naprawdę znakomite, wcale nie odtwórcze i paradoksalnie dość oryginalne krążki, z których jednak należy wyraźnie wyróżnić ten pierwszy.

Her Majesty mimo, że wciąż niezwykle urokliwa, nie potrafi bowiem powtórzyć czaru poprzednika. Brakuje dopracowania kompozycji i melodycznego wyrafinowania które stanowiły o sile Castaways. Zdarzają się nudniejsze utwory ("Red Right Ankle"), czy nie najszczęśliwsze rozwiązania. Mowa o przydługim intro do nieco zbyt patetycznego "The Gymnast, High Above The Ground", czy próbie wskrzeszenia stonesowksiej ballady w kończącym "As I Rise". Zresztą, nie ma co się czarować. (Tym razem na pewno Piechniczek.) W opozycji do debiutu, tematy nie zawsze unikają tu trywialności. No może przesadzam lekko, bo faktem jest, że nawet w tych trudnych momentach zespół znajduje ratunek przed jawnym nudziarstwem, a to się chwali.

Poza tym, szczęśliwie nie brakuje tu także fragmentów wyjątkowo udanych. Powtarzany na możliwie dużej liczbie instrumentów motyw przewodni "Billy Liar", czy albumowy szlagier, kapitalnie eksponujący w refrenie tytułową (dla kawałka) frazę "Los Angeles, I'm Yours", z super zacinającymi gitarami i smykami to utwory prezentujące zdecydowanie "listowy" poziom. A jest przecież jeszcze "The Soldiering Life" z przewidywalnymi, ale i tak superoskimi partiami dęciaków i wiele mniej lub bardziej spektakularnych kąsków. Z tych wymienię interesującą próbę zwrotu w kierunku już naprawdę hardcorowego folku, w postaci karczemnej szanty, na jaką wygląda mi "The Chimbley Sweep". Kawałek, przy którym ciężko odmówić odnóżom zajawki jakiej doświadczają głośno przytupując.

I tak jak Castaways And Cutouts znamy niemal na wyrywki, stąd zapamiętamy dobre wrażenia, oraz "Los Angeles, I'm Yours".

Jacek Kinowski    
29 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja