RECENZJE

Death In Vegas
Scorpio Rising

2002, BMG 6.6

"A więc wszystko o kasę się rozchodzi, przyjaciele".

Tymon Tymański tak powiedział, a ja się z nim zgadzam. Może jeszcze do kasy dodałbym znajomości. Bo spójrzcie tylko na Death In Vegas. Ten brytyjski tandem debiutował w 1997 roku albumem Dead Elvis. Do studia nie zaprosili wtedy nikogo znaczącego. Płytkę wysmarowali chwilami solidną, chwilami denerwującą, taką nijaką. Jeden hicior ("Dirt") nie zapewniał im przetrwania w muzycznym świecie. Wszyscy zapomnieliby o projekcie, gdyby panowie nie postarali się o nawiązanie pewnych znajomości.

I tak, w dwa lata później, na The Contino Sessions, Richard Fearless i Steve Hillier namówili do współpracy kilku super-znanych muzyków. Iggy Pop, Jim Reid, Bobby Gillespie, i mniej znana, ale ładna i ambitna Dot Allison. Ci artyści zapewnili płytce konkretny rozgłos, a sama kapela stała się rozpoznawalna. Szczególnie ważna okazała się wizyta frontmana Primalów. Odcisnęła ona wyraźne piętno na późniejszej twórczości zespołu. Jej skutek był bowiem taki, że jeżeli przy tworzeniu Dead Elvis muzyka Gillespiego i spółki skrywała jeszcze jakieś tajemnice przed didżejskim duo, to po wyjaśnieniach jej współtwórcy droga do skopiowania brzmienia Screamadeliki stała otworem. I oni to pokazali, nagrali bardzo wtórną, ale nie najgorszą płytę. Takie kawałki, jak "Aisha", czy "Aladdin's Story" to udane kompozycje, których nawet dziś słucha się z przyjemnością.

A ze śmieszniejszych rzeczy, muszę się przyznać, że podczas mojego zetknięcia z "Soul Auctioneer", gdzie na wokalu pojawia się Gillespie, w tle wyraźnie usłyszałem podprogowy przekaz wyspiarzy: "Tak, zrzynamy z Primal Scream, to chyba jasne, słyszycie kto tu śpiewa, myślicie że gdyby miał do nas o coś pretensje, to by nam pomagał?; my muzycy się nawzajem szanujemy, i nie może być innej... możliwości, no, a jak wam się nie podoba, to kto wam każe kupować nasze płyty?". Ok, spoko, peace. Jak poprawicie jeszcze jakość swojego grania, to wybaczę wam brak oryginalności.

Już wybaczyłem. Scorpio Rising to zdecydowanie ich najlepszy album. Otwiera "Leather", który jest przypomnieniem tego, co słyszeliśmy na Contino. Może jest tu więcej gitar, ale to w sumie nic dziwnego, bo przecież to samo cechuje choćby XTRMNTR, a jak już wspominałem, dbanie o podobieństwo do wiadomego zespołu wydaje się być dla Death In Vegas sprawą priorytetową. Potem znajdziemy troszkę płaczliwy "Girls", ale to wszystko się nie liczy. Bo oto nadchodzi "Hands Around My Throat", a wraz z nim Nicola Kuperus. Ja nie mogę, jaka ona jest genialna!!! Ta wybitna osobowość muzyczna, obdarzona niesłuchanie oryginalnym i pobudzającym (mniam) wokalem, na co dzień, wraz ze swoim mężem (Adam Lee Miller), tworzy zespół Adult. Nie chcę tu za wiele zdradzać o tym zespole, bo dopiero co wyszła ich nowa płyta Anxiety Always i na pewno będzie jeszcze okazja, żeby coś powiedzieć o tym fenomenie. Wracając na ziemię, podkład to echa Resuscitation (pierwszy LP Adult, 2001), poparte wszechobecnymi tu, przesterowanymi gitarami i trochę też elektroniką spod znaku ostatnich dokonań niemieckiego avant-popu. Na tle pozostałych kompozycji – miazga.

Kończąc spontaniczną podjarkę, powiem jeszcze tylko, że ten numer wnosi wiele ożywienia do Scorpio, będąc zarazem jego najmocniejszym punktem. Od tego momentu (nie licząc nudnawych przerywników, o których będzie trochę później) robi się ciekawe. Żeby nie pozostać gołosłownym, wymienię tytułowy kawałek, w którym głosu użyczył sam Liam Gallagher, jak wiadomo jeden z naszych ulubieńców. Interesujący motyw przewodni na gitarze, zagrany na rockowo, ale bez pośpiechu, z gracją. Słodziutka melodyjka w tle refrenu, a do tego fajny teledysk. To się nazywa trafnie wybrany singiel, a panowie F. i H. znowu pokazują, że umieją dbać o kwestie marketingowe.

Idąc dalej mamy lekko przesłodzony "Killing Smile", na którym to zawodzący głos Hope Sandoval z Mazzy Star swobodnie przechadza się po pejzażach wymalowanych przez mini-orkiestrę skrzypków, oraz zwariowane banjo i mandolinę. Troszkę przegadany to utwór, a fragmentami nadmierna monotonia kompozycji jest jedną z głównych wad tego wydawnictwa.

Ale jeżeli występ Nicoli był zaskoczeniem, to co powiedzieć o wizycie Paula Wellera? (Tak, to ten sam, ten z The Jam.) Kawałek zwie się "So You Say You Lost Your Baby" i dokładnie tę frazę słyszymy w refrenie. Z całym szacunkiem do tego wielkiego artysty, muszę przyznać, że uśmiałem się nieźle kiedy pierwszy raz posłuchałem tego utworu. Chodzi o sposób w jaki Paul śpiewa, a konkretnie o jego osłabłą z czasem szybkość. Odnosi się wrażenie, że gdyby dziś przyszło mu nagrywać All Mod Cons, to miałby wielkie problemy z wyrobieniem się w taktach ze swoimi tekstami. Inna sprawa, że utwór wcale nie jest lamerski. Poza tym, po co znęcać się nad tak zasłużonym człowiekiem, skoro są tu znacznie gorsze momenty?

A do tych zaliczyłbym ewidentnie nieudane "Natja" i "Diving Horses", czy mocno nudnawe "23 Lies", które w zamyśle miało chyba dać słuchaczowi chwilę na wytchnienie po paraliżu zadanym przez mistrzynię z Adult, lecz w praktyce upiornie się nuży. Tak, te numery, mimo niezbyt wyśrubowanego poziomu płyty, wyraźnie odstają. Choć znowu nie tak bardzo, żeby nie dało się tego przeboleć.

Kiedy album już dogasa, mamy "Living Horses", a wraz z nim Dot Allison, na której pomoc Death In Vegas chyba zawsze mogą liczyć. Znowu można się przyczepiać, że takie slo-core'owe tempo ma sens tylko wtedy, gdy kryje się za nim nieco więcej dramaturgii, ale ostatecznie nie bądźmy tacy drobiazgowi. Patrząc pod kątem albumu, wszystko gra. Jako closer mamy "Help Yourself". Ponownie Hope Sandoval i generalnie wszystko to samo, co w pierwszym utworze z jej udziałem, z tą różnicą, że aranżacje są nieco bardziej rozdmuchane no i sama kompozycja trwa ponad dziesięć minut.

I tak, dla mnie ta płyta pozostanie o tyle ważna, że przy jej okazji dowiedziałem się o istnieniu Adult. Powód solidny, ale abstrahując od niego, polecam wam to wydawnictwo. Jeśli będziecie mieli kiedyś możliwość poznania tej płyty, to na pewno pierwsze przesłuchania przysporzą wam sporo przyjemności. To co, że mamy tu kilka naiwnych i odtwórczych kompozycji. To wciąż całkiem rozsądny easy-listening, a przecież każdy lubi czasem robić coś dla czystej przyjemności.

Jacek Kinowski    
31 maja 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie