RECENZJE

Death Cab For Cutie
Transatlanticism

2003, Barsuk 4.8

Kilka lat zaledwie minęło od pojawienia się Death Cab For Cutie na muzycznym horyzoncie, a formacja zdążyła się już wygodnie zadomowić w pieleszach amerykańskiej sceny niezależnej, jakby towarzyszyła nam co najmniej dekadę. Szukając uzasadnienia takiego osobliwego wrażenia, dochodzę do, być może lekko naciąganej, ale wartej rozważenia, konkluzji. Otóż dziwnym zbiegiem okoliczności chluba Barsuka wydawała swój pełnoprawny debiut w tym samym roku, kiedy ekipa Built To Spill prezentowała trzecią rewelacyjną odsłonę perfekcyjnej nieformalnej trylogii. Po nieskazitelnym tercecie milczenie przerywane było tylko wysoce niezadowalającym Ancient Melodies, livem i solowym projektem lidera – w efekcie o jednym z istotniejszych zespołów drugiej połowy dziewięćdziesiątych prawie zapomnieliśmy jako o żywym organizmie twórczym. Death Cab wydaje się przewodzić rzeszy kapel zaspokajających, przynajmniej na początku, powstałe w ten sposób łaknienie i przedłużających bliskie wartości, dostarczając swoim pierwszym longplejem uczty bezbłędnie post-spillowej z naprawdę mikroskopijną domieszką własnego stylu.

Przypominam sobie dumę, którą odczuwałem przedzierając się niegdyś przez zaśnieżone ulicy Warszawy ze słuchawkami na uszach, a w odtwarzaczu Something About Airplanes, krążkiem wypełnionym praktycznie samymi niezal-popowymi killerami lub wymiatającymi flegmatycznymi opowieściami lidera, wtedy nie zawadzającymi jeszcze o kicz. Młody, naukowiec, doświadczałem egoistycznego, ale przyjemnego uczucia głębokiego zanurzenia duszy w pozytywnie snobistycznej krainie czarnoty amerykańskiej alternatywy. Doznawałem zmysłowego rozdźwięku między tym, co dopływało organu słuchu, a tym co symultanicznie ukazywało się oczom – szarym miastem i smutną ciżbą nieświadomą istnienia kapeli, której inicjację z szerszym kręgiem odbiorców w Stanach w owej chwili poznawałem. Dorobek BTS znałem wówczas doskonale, ale wcale nie przeszkadzała mi charakterystyczna wiolonczela "Bend To Squares", progresja melodyczna "President Of What?", kojarząca się z Perfect From Now On melancholia "Sleep Spent" i kilkanaście analogicznych elementów z wokalem na czele. Nawet delektowałem się tymi derywacjami, co stanowi chyba najlepsze świadectwo znanej prawdy, że pomiędzy oryginalnością i piętnowanym replikanctwem istnieje jeszcze wiele odcieni szarości.

Follow-up do Airplanes to fantastyczna niespodzianka: kameralna, wieczorowa rzeczywistość o niezwykłej, w kontekście zarówno wcześniejszych jak i późniejszych osiągnięć, jak na Death Cab subtelności. Owszem, nowy typ przerysowanej gibbardowej wrażliwości został na We Have The Facts And We're Voting Yes delikatnie naszkicowany, ale – read my lips – delikatnie. Postać emocjonalności głównego twórcy, podpadającej pod kategorię "I just wasn't made for these times", na sofomorze stała się jednym z wyróżników, cechą specyficzną. I wcale nie drażni. Również naturalnie przeniesiona z debiutu estetyka martschowska wygrawerowana wysmakowanymi harmoniami, momentami odwołującymi się pośrednio (i raczej nieświadomie) do piosenkowego post-rocka z gatunku Sea And Cake tutaj składa się na dość świeżą jakość.

Transatlanticism nie podąża w sposób jednoznaczny którymś z tych dwóch tropów. Na siłę można pokusić się o frazes w postaci skwitowania stylistyki albumu jako próby połączenia obu nurtów. To jest moja uproszczona opinia, ale jak mówi Zakrocki – jednocześnie sam się z nią nie zgadzam. Każde podobne banalne stwierdzenie ma swoje słabości; w tym wypadku porównywanie średniawego krążka, najmniej pomysłowego ze wszystkich i raczej mało finezyjnego, do generującego świetny hit za hitem Something About Airplanes czy hipnotyzującego po zmroku We Have The Facts pozostawia niesmak albo przynajmniej drobne poczucie dysharmonii. Chociaż, umówmy się, żeby była jasność (Michał W.): Transatlanticism blednie w zestawieniu z wcześniejszym dorobkiem, natomiast patrząc obiektywnie dostarcza kilku sympatycznych impulsów.

Nie jest to płytka pozwalająca spojrzeć na świat w radośniejszy sposób, ale co zabawne sama domaga się przychylności słuchacza, zauważenia walorów i przymknięcia oka na nieporozumienia. Jak to zazwyczaj w takich wypadkach nastrój chwili ostro wytycza odbiór. W okresie miłosiernego usposobienia następuje afirmacja zgrabnych gibbardowych melodyjek, których odnajdziemy tu mnóstwo, podczas gdy chwilowa negacja franciszkańskich postaw pociągnie za sobą złośliwe spostrzeżenia kierujące bezlitosne ostrze w stronę nadmuchanej romantyczności poczciwego Bena, czy nachalnych wstawek w rodzaju prymitywnego refreniku "The Sound Of Settling" albo szmirowatych miłosnych fortepianowych wywodów.

Można powiedzieć, że czekaliśmy na Transatlanticism i ostatecznie trudno ukryć rozczarowanie, mimo że pozycja to całkiem solidna. Ale po pierwsze, Death Cab zdecydowanie obniżył loty. Po drugie, jak to ujął Kuba, nasz graphics wizard, Gibbard uderza w tony załamanej sercowo gimnazjalistki. I nawet jeśli się z tym nie zgodzimy (osobiście stanąłbym gdzieś pomiędzy przytoczonym stanowiskiem, a grekowym optymizmem) trudno zaprzeczyć jakiejś dźwiękowej, lirycznej i produkcyjnej płytkości tych wywnętrzeń. W roku 2003 podobne cele postawili przed sobą Stars i ich realizacja wypadła znacznie korzystniej. Heart poleciłbym zawiedzionym Transatlanticism.

Michał Zagroba    
4 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja