RECENZJE

Death Cab For Cutie
Plans

2005, Atlantic 4.9

Wiedzieliście o tym, że Chris Walla jest wegetariańskim aktywistą? Na potwierdzenie służyłbym ulotką promującą jedzenie marchewki, którą otrzymałem wychodząc z (całkiem udanego) gigu DCfC – gdybym był jej tylko nie zgubił po drodze. Ta, i choć to "daleki strzał", ja osobiście dopatrywałbym się pewnej analogii między dietą Chrisa, a muzyką DCfC – przyjemna, nieagresywna, asertywna jak medialne awatary wegetarianizmu. Społeczne zaangażowanie w prawa zwierząt (a domyślam się też, że i w żywność dla głodującej Arktyki oraz codzienną porcję mleka dla polskich dzieci) sublimuje nastoletnią wrażliwość w otoczce wypracowanie niewymuszonej indie-popowej, amerykańskiej naiwności.

Prościej – z tej płyty zionie nudą jak z książki o smacznej i zdrowej kuchni wegetariańskiej. Ha! To natomiast, że są sprawnymi songwriterami, Walla i Gibbard udowodnili już dawno, dawno temu – pro forma punkcik się i teraz za to należy. Że przynajmniej w akcydentalnym żenua nie musimy się kąpać. I cóż z tego, skoro ich nowy album brzmi jak zestaw coverów rzeczy, które wszyscy kiedyś słyszeliśmy, ale niekoniecznie możemy sobie przypomnieć, kto, kiedy, jak i gdzie. Z dwoma lub trzema wyjątkami.

Medal brązowy – ukłon w stronę intersubiektywizmu: uwielbiany przez większość sympatyków zespołu "Soul Meets Body". I jego chwytliwe "ba da ba da ba ba". Bo może jest trochę tak, że ja tego zespołu do końca nie łapię, skoro w tym numerze dostrzec potrafię jedynie sprawdzoną formułę plus rozsądną (w ogóle rozsądek jest mocną stroną zespołu, imo) dawkę eksperymentu. Jeśli spytacie mnie osobiście – przy śniadaniu może być.

Miejsce drugie to opener "Marching Bands Of Manhattan". Jak przystało na otwieracz, numer zaczyna się i na dobre zacząć nie może. Zdradza to całościowe myślenie DCfC – że traktujemy album jak jeden integralny organizm, a nie zbiór piosenek. To rzadkość ostatnimi czasy, nie? Pomijając już fakt, że utwór ów jest kwintesencją najlepszego, co z ogólnej nudy Plans byłem w stanie wyciągnąć: spokojnej, melodyjnej gitary, przyjemnych uchu partii wokalnych i pogodnego nastroju. Przy śniadaniu jeszcze lepsze, bo pozwoli Ci potraktować Twój dzień jako integralną całość. Czyż to nie wspaniałe?

... A cały konkurs wygrywa, zdobywając dla płyty przyzwoitą ocenę końcową, rewelacyjny utwór akustyczny numer 5: "I Will Follow You Into The Dark". O ile całość albumu przeładowano nieco zabiegami produkcyjnymi, piątka stanowi świetny kontrapunkt w środku nieco nijakiego w większości materiału. (Się na to chyba ładnie w plastyce mówi "dominanta kompozycyjna" – poprawcie mnie jeśli coś mi się pokręciło). A więc tylko gitara i głos. Plus zajebisty, nastoletni naturalnie, ale w swojej całości oraz poszczególnych fragmentach skrajnie pomysłowy tekst. Rzadko zdarza mi się naprawdę zachwycić tego typu twórczością, ale sami przyznajcie, że coś takiego robi wrażenie: "If heaven and hell decide / That they both are satisfied / Illuminate the no's on their vacancy signs" Nie no, łapiecie... Że to jakieś przydrożne motele, w których nie ma dla Ciebie i Twojej drugiej połowy miejsca. Albo to: "In Catholic school as vicious as Roman rule / I got my knuckles bruised by a lady in black / And I held my toungue as she told me "Son fear is the heart of love" / So I never went back". Historyjka sprawnie wpleciona; freudowskie tłumaczenie oryginalnego życiorysu trudnym dzieciństwem i katolicką szkołą. I wreszcie motyw, który mnie gdzieś tam złapał, gdy po raz pierwszy słyszałem ten numer na żywo: "You and me have seen everything to see / From Bangkok to Calgary / And the soles of your shoes are all worn down". Ok, ten numer nie wszystkim się musi podobać, a mnie oberwać się może za gówniarską nadrważliwość. Fakt, znów poczułem się jak w czasach, gdy miałem naszywkę z Nirvaną. Dla mnie ten utwór to jeden z najlepszych w swojej klasie – absolutna, choć może nie historyczna 10-tka. I pewnie jedyna rzecz, jaką z tej płyty na dłużej zapamiętam...

Marcin Wyszyński    
18 kwietnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja