RECENZJE

Deakin
Sleep Cycle

2016, My Animal Home 6.3

Solowy debiut Deakina, to niemal purytańskie trzymanie się ścieżki wytyczonej przez współtowarzyszy z Animal Collective. Sleep Cycle, dość krótki, ale treściwy materiał, naturalnie wpasowuje się w wytworzone przez macierzysty zespół (wraz z rozgałęzieniami w postaci solowych dokonań) przepełnione naiwnym czarem, autonomiczne uniwersum. Skromna minimalistyczna inauguracja w postaci "Golden Chords" jest tu tylko subtelną zmyłką dla przyszłych zdecydowanie bogatszych i gęstszych w swej fakturze fragmentów. Mimo zagłębiania się w bardziej szorstkie i nieprzyjemne rejony, Deakin jako niekwestionowany mistrz ceremonii, nie daje wytrącić słuchacza z misternie tkanego przez siebie tkliwego i ciepłego nastroju, nie dopuszczając do zakłócenia nieprzerwanego strumienia melodycznego popowego powabu. Całość przepełnia atmosfera leniwych sierpniowych wieczorów spędzonych na nadbałtyckiej plaży, gdzie ze sporą nutą podskórnej melancholii, można spokojnie rozkoszować się kolejnym bezproduktywnie spędzonym dniem, obserwując powolnie zanikające wśród granatowych morskich bałwanów słońce, starając się jednocześnie nie poranić swojej niewinnej duszy patrycjusza widokiem wypróżniającego się na pobliskiej wydmie huńskiego plebsu.

A tak na serio, po pierwsze kompletnie nie czaję fenomenu zachodzącego słońca, nudne to i nieładne. Po drugiem Sleep Cycle Person Pitchem zdecydowanie nie jest. Nie ma tu tego nieprzewidywalnego chaosu, zaskoczenia, lekkiego umysłowego pomieszania charakterystycznego dla AC, jest tu dużo bardziej konwencjonalnie, przewidywalnie, bezpiecznie i komfortowo. Po trzecie, z fanbasem AC jest trochę jak z tym Bałtykiem, ale to tak żeby spójność i logikę tekstu zachować. Po czwarte, płyta zdecydowanie na plus, warto władować w nią trochę czasu – amen.

Michał Kołaczyk    
25 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie