RECENZJE

Deafheaven
Sunbather

2013, Deathwish 7.2

W filmie Spaleni Słońcem Michałkowa na ekranie sielanka. Letnie impresje, przygrywa pianino, trawy pylą, wiosła leniwie suną po tafli jeziora. Jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia się dziwne mrowienie, jakby ktoś przystawiał nam do potylicy lufę pistoletu; przeczucie, że gdy kurtyna opadnie, na scenie zostaną wraki i rozbitkowie. Uzasadnione przeczucie. To NKWD trzyma ten pistolet. Potem wiadomo: halucynacje, śmierć i trud skończony. Sceny letniego życia na ekranie odmalowano z połączeniem lenistwa i niemocy, które gdy pojawią się realne czystki, przybierze postać dreszczy, jak w czasie słonecznego porażenia.

Druga płyta Deafheaven mogłaby stanowić właśnie epitomę udaru. To muzyka wyczerpująca, przekraczająca granice komfortu, jak utrata przytomności na plaży w upalne południe – kończy się oparzeniami, obezwładniającą temperaturą, a następnie zimnym potem. W skroniach bębni, mroczki wykwitają przed oczami. Całkiem intensywne doświadczenie. Nieznośna Lekkość Bytu Kundery pojawia się w "Please Remember" czytana przez lidera Alcest i wtedy, gdzieś w połowie płyty, dociera do mnie, że tym, co budzi największy szacunek, jest nieznośna konsekwencja, z jaką zespół realizuje swoją wizję, kojarząca się z trochę z GY!BE, trochę z japońskim Envy, lecz przede wszystkim z Isis na wysokości Oceanic czy Panopticon – karby kompozycji, nie uginających się przed kompromisem, nasilają wrażenie, że każde drgnięcie struny realizuje precyzyjny cel. "Dream House" eksploduje nagle, przytłaczająco, by w końcu spalić się w atmosferze, miejscami, jak w "Vertigo" na przykład, Sunbather wznosi się jeszcze wyżej w poszukiwaniu tej idealnej formy, aż roztapia się wosk, a całość balansuje na granicy upadku. Mistrzostwo realizowane w duchu ikaryzmu.

Element "afirmacji", którym Hunt-Hendrix z Liturgy chciał zamienić typowy dla "hiperborejskiego" black metalu nihilizm pojawia się tutaj zgodnie z etymologiczną wykładnią. Clarke i McCoy potwierdzają swoim drugim albumem, że możliwe jest to, czego liderowi Liturgy dotąd nie udało się zrealizować – "heliocentryczny" black metal, tak skupiony na własnych założeniach, że w sposób naturalny przycinajacy nakładane przez tradycję ograniczenia. Nie trzeba było w tym wypadku doczepiać wymyślnej filozofii, która wręcz pogrzebała Liturgy pod ciężarem szyderstw i docinków części obserwatorów metal sceny. Także w przypadku Deafheaven kuriozalne próby znakowania, które podjął Stosuy, na pewno w niczym nie pomogą. Pytanie: "Czy postrzegacie Deafheaven jako zespół blackmetalowy, czy po prostu jako zespół?" – nie dość że śmieszne, pociąga nieskoordynowane odpowiedzi, które mogłyby wzbudzić podejrzenia, że mamy do czynienia z kolejną hipsteriadą: " I mean, we have other stuff going on, but anyone that hears Sunbather can clearly see that it’s extremely metal. I still listen to black metal all the time – that’s obviously one of my favorite kinds of music – but I steer from it very strongly these days. Are we even a metal band? I don’t know" – odpowiada Clarke, jakby zaskoczony takim postawieniem sprawy.

Rozgraniczenia tego typu wydają się zresztą tym bardziej nieprzystające, im bardziej przyjrzymy się warstwom muzycznej faktury. Ciężko jest oddać sposób w jaki muzycy rozgrywają przestrzeń, jak ją rozrywają, przechodząc od wyciszenia, po fragmenty tak nabrzmiałe, że mogłyby spowodować krwotok. Sam pomysł, by za pomocą przetartych szlaków, pójść ku oryginalnej całości przywodzi na myśl albumy Krallice, choć w przeciwieństwie do nich Sunbather wydaje się płytą bardziej osobistą, zhumanizowaną, w parzący sposób gorącą, która jasno daje odczuć, że nagrywający ją muzycy poświęcają się całkowicie, detonują ten ładunek, trochę jak bohaterowie space opery Boyle'a. Narzekałem kiedyś, w recenzji Liturgy, że pomimo zapowiedzi black metalu "transcendentalnego", na kopernikański przewrót w tej estetyce przyjdzie jeszcze poczekać. No, to chyba się doczekaliśmy.

Wawrzyn Kowalski    
12 czerwca 2013
BIEŻĄCE
ObjektCocoon Crush
1975A Brief Inquiry Into Online Relationships