RECENZJE

Deafheaven
Ordinary Corrupt Human Love

2018, ANTI- 7.6

Przeczesałem archiwa Porcys w poszukiwaniu pełoprawnej recenzji jakiegokolwiek zespołu spod znaku ekstremalnego metalu, która nie byłaby jedynie krótką wzmianką z końcoworocznej rekapitulacji. Jeśli coś wygrzebałem, to raczej coś, co zostało wykpione i zrównane z ziemią, a nie wychwalane nad niebiosa. Czyżby siódemki i ósemki były zarezerwowane jedynie dla indie gwiazdeczek? Ależ wcale, że nie! Przecież jest ten jeden, tak! Właśnie ten zespół, uwielbiany i szanowany przez krytyków, który…w zasadzie też można by prześmiewczo nazwać indie gwiazdeczką.

Muzyczna plaga, powszechnie znana jako "hipster metal", ciepło przyjęta przez prasę muzyczną i hordę indie-rockowców z odsłoniętymi kostkami, naturalnie przyciągnęła gniew metalowych purystów. Dla niewtajemniczonych: takie zespoły, jak The Sword, Deafheaven, Liturgy i post-Leviathański Mastodon dawno przestały już być trve i kvlt. Podobnie, jak ogólna troska o wywoływanie hipsterizmu (czy też hipsteriactwa?) we wszystkich jego różnych formach, zarzut "metalu dla hipsterów" jest wyjątkowo absurdalny. Dlaczego niby ktoś miałaby sfałszować zainteresowanie daną muzyką, założyć zespół, grać koncerty, zdobyć kontrakt płytowy i stworzyć album tylko dla zwykłego trollowania? Zwłaszcza, że ekstremalny metal rzadko kiedy kończy się intratną karierą. Czy nie łatwiej byłoby założyć koszulkę Iron Maiden na koncercie Yeasayer?

Dla niektórych słuchaczy pierwsze trzy albumy zespołu – szczególnie Sunbather z 2013 r. – to żywy przełom i ekshumacja czystych uczuć. Dla innych te same albumy są uosobieniem postrzeganego post-millenialskiego trendu młodych, miejskich intelektualistów, niepotrzebnie dążących do uwolnienia black metalu ze szponów corpse paintu i barbarzyństw z przeszłości. Sunbather, wychwalany zarówno przez media metalowe, jak i te alternatywne, to hybryda piekielnego black metalu i jaskrawego shoegaze'u. Jednak przede wszystkim zespół na tym albumie wykorzystał metalowe wygibasy i wściekłe Gollumowe odgłosy, aby podnieść melodramat najbardziej przejmujących i miażdżąco pięknych, instrumentalnych fragmentów. Nawet, gdy pojawiały się tu i ówdzie mocarne blasty i złowrogie riffy, działały one w służbie melodii. Nic dziwnego, że wkurzyli tak wielu metalowców. Ciągłe dążenie Deafheaven do czystych doznań zmysłowych – ambientowego błogostanu czy bolesnego bólu bębenków – zatrzymało się na New Bermuda z 2015 roku. Wzmożona agresja przesunęła zespół nieznacznie w kierunku bardziej konwencjonalnego, cięższego brzmienia. Na najnowszej, a zarazem czwartej płycie, Ordinary Corrupt Human Love, nie ma ustępstw wobec tłumu anty-hipsterskich metalowców. Kalifornijczycy powracają do fascynującej, bezpardonowej i "wielkiej" muzyki rockowej, która czasem całkowicie porzuca metal, a utwory uderzają aksamitną pięścią.

Pierwsze sekundy "You Without End" są dla przeciętnego słuchacza tak mylące, że nawet Shazam uznał, że słucham "Someone Like You" Adele. Deafheaven używa tej piosenki jako rampy, przejścia, które zręcznie prowadzi logiczną ścieżkę od prostej melodii do mrocznych i okultystycznych klimatów. "You Without End" przede wszystkim brzmi jak zespół niezakłócony uprzedzeniami i oczekiwaniami fanów. Prostemu motywowi fortepianu szybko towarzyszą lamętujące dźwięki gitary, a kiedy pojawia się charakterystyczne przejście perkusyjne, dostajemy poetyckie słowo zamiast spodziewanej rzezi. Eteryczny śpiew pozostaje w tle na krótko, zanim piosenka osiąga pełną moc. Stamtąd "Honeycomb" przejmuje ster. Wizje zespołu potrafią być zarówno zawiłe, jak i dłużące się. Nawet krótsze utwory docierają do pięciu minut, a podczas gdy łączą się zgrabnie z tematycznym tonem całej płyty, to naprawdę są one własnymi bytami, zamiast być rozmieszczonymi jako przedłużenia dłuższych utworów. Triumfujące melodie i tryskające radością rytmiczne i akordowe progresje zazębiają się ze skowytem George'a Clarke'a.

Na OCHL, Deafheaven otwiera się na dźwiękowe tekstury, które są sprzeczne z prostą kategoryzacją. Nie chcę odsłaniać wszystkich muzycznych kart, ale zapewniam, że warto słuchać tych utworów do końca. Wyraźnie słychać, że muzyka jest dla zespołu czystą radochą, zarazem narzędziem i medium, a ciężkość brzmienia to jedynie pojedynczy wątek w całym procesie. Jeszcze jakiś czas temu wyrażałem zdziwienie, że zespół odnalazł tak szeroką publiczność, biorąc pod uwagę agresję, jak i chęć uniknięcia łatwych tropów, które mogłyby oczarować zdezorganizowaną publiczność. Warto opuścić polaryzującą hype-maszynę, jaką jest Internet, a znajdzie się naprawdę sporo osób, dla których kategoryzowanie nie ma znaczenia, a muzyka mówi za siebie. OCHL może zainspirować więcej muzyków do odrzucenia sztywnych granic muzyki ekstremalnej i po prostu rozkoszować się tym, co naprawdę mają do zaoferowania. A wszelkie Furie na Open'erze powoli są już tego żniwami.

PS. Gdyby ktoś jeszcze zastanawiał się, czy zespół Deafheaven jest TRVE, powyższa recenzja ma 666 słów. Przypadek?

Adam Kiepuszewski    
12 lipca 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi