RECENZJE

Deafheaven
New Bermuda

2015, Anti- 7.1

Zaczynanie recenzji od nakreślenia sytuacji pod tytułem "czasy, w jakich przyszło nam żyć" czy pisanie akapitu o tym, że rewolucyjne, powszechnie uznawane płyty, klasyki, już się nie ukazują, jest równie ciekawe, co freestyle rozpoczynający się od "kiedy wchodzę na majka... ". I nie ma to znaczenia, czy jest to prawda, czy nie. Dla moich rozważań załóżmy jednak, że tak. Zdaje mi się, żeczłowiek potrzebuje przeświadczenia, że wydarzenia, w których bierze udział, oraz te, których jest świadkiem, są w jakiś sposób istotne. Bo skoro coś ważnego dzieje się, dotyka go, choćby pośrednio, to znaczy, że on sam coś znaczy. Dla zdrowia psychicznego trzeba sobie pozorować wagę pewnych wydarzeń; że to spotkanie nie jest przypadkowe, że mam wpływ na tę decyzję, że to czy tamto będzie zapamiętane, a ja jestem świadkiem naocznym. Dlaczego spisuję te farmazony? Pamiętam jeszcze początki mojego "poważnego" słuchania muzyki. Masowe przesłuchiwanie tych wszystkich płyt, które są uznawane za właśnie te "ważne". Niemal non stop poddawałem się astronomicznej liczbie bodźców, a mimo to młody (nie żeby teraz był stary...) umysł nie miał z tym problemu i zachwycony chłonął tuziny różnych wydawnictw. Wybrane w dużej mierze losowo, na podstawie różnych list i rekomendacji, albumy stały się moim kanonem. Good times.

Z czasem sytuacja zmienia się nieco. Gdy już trochę się na temacie znasz, to na wszystko patrzysz chłodniej, rzadziej się czymś zachwycisz, a nawet rzeczone "wielkie" płyty, których wcześniejnie słuchałeś, nie porywają tak, jakby to mogły zrobić kilka lat temu. Może ta choroba jeszcze tak bardzo mnie nie dotyczy, ciągle mnóstwo rzeczy mnie jara i potrafię się ekscytować muzyką, której wcześniej nie znałem, ale pewne symptomy już odczuwam. W każdym razie pewien etap jest zamknięty i tylko nieliczne płyty wyłamują się ze schematu potakiwania głową podczas słuchania nowych rzeczy. Jedną z takich płyt był Sunbather. Nie zamierzam spowiadać się teraz z mojego uwielbienia dla tych kilkudziesięciu minut opakowanych w różowo-pomarańczowy gradient, ale 7.2, które znajdziecie w archiwum Porcys, to dla mnie śmiesznie mało (patrząc na miejsce w naszym rankingu, mam wrażenie, że chyba nie tylko ja w redakcji tak uważam), stąd uwaga: ocena, którą widzicie na górze, jest jest jedynie symboliczna. "Takie życie serwisu z ocenami".

Na New Bermuda czekałem z niecierpliwością i niepokojem. Pierwszego singla słuchałem tylko raz przed premierą płyty i zdążyłem już zapomnieć, jak brzmiał. Gdy w Internecie pojawił się stream płyty, wiedziałem, co robić. Zabrałem ze sobą słuchawki, szalik i wybrałem się na spacer. Stworzyłem sobie sytuację – niemal rytualny odsłuch. Nowy album ważnego dla mnie zespołu, rewelacja. Pierwsze dwa utwory brzmiały raczej rozczarowująco, trzymały oczywiście pewien poziom, wstydu nie było, ale podniety też nie. Mniej shoegaze’u, więcej metalu. W sumie tego się spodziewałem. Zmiana nadeszła z trzecim kawałkiem, który wreszcie brzmiał jak realny progres, zmiana może nie fundamentalna, ale już nie tak kosmetyczna. Następny znów był nieco odmienny, a ten ostatni to już w ogóle szaleństwo. Tak daleko chłopaki jeszcze wcześniej nie odfrunęli. Całkiem dobra płyta, jestem na tak. Tak sobie myślałem po pierwszym odsłuchu.

***

Jest już późno, piszę. Próbuję zamknąć recenzję. Myślałem, że będzie to prostsze, wszak uwielbiam Deafheaven, płytę na bank będę katował i znajdę wiele skojarzeń, powymyślam kozackie panczlajny do tekstu. Tak sobie myślałem, a tak naprawdę moja opinia o New Bermuda praktycznie nie zmieniła się od pierwszego dziewiczego odsłuchu. Kolejne sesje z albumem nie odkrywały przede mną nowych tajemnic ukrytych w materiale. Dwa pierwsze indeksy dalej widzę jako tę bardziej konserwatywną i jednocześnie bardziej metalową stronę zespołu. Tę nudniejszą stronę. Takie zagubione ogniwo pomiędzy debiutem a Sunbatherem. "Baby Blue" ciągle zaskakuje, choć czy jest aż takie inne? Było już "Vertigo", a to charakterystyczne brzmienie gitary, kojarzące mi się bardzo mocno z Violens, też nie jest nowością. "Come Back" to przełożenie post-rocka (apokaliptyczność, specyficzne narastanie napięcia) na język bandu. Tylko wieńczące całość "Gifts For The Earth" wciąż nurtuje. Zestawienie darcia mordy George’a Clarke’a z muzyką, która niekoniecznie tworzy ścianę dźwięku, sprawia dziwne wrażenie. Klimat robi się całkowicie inny, odbieram go wręcz jako... pozytywny. ”Czarność” płyty nie musi koniecznie oznaczać mroku czy smutku. Sunbather w rzeczy samej był pełen żaru, agresywnie wyrażonych emocji, tej całej autodestrukcyjnej słoneczności. Teraz wszystko jest jakby bardziej rzeczowe, konkretne i w tym znaczeniu chłodniejsze. "Skity" tym razem są wtopione w same utwory, całość jest płynniejsza, mniej dynamiczna pod względem nastroju. Jak zwykle nie wiem, czy te moje próby interpretacji są słuszne, ale cóż, tak ja to odbieram.

Sporo już napisałem, ale jak ja się na to osobiście zapatruję? No, Sunbather to nie jest, ale nawet na to nie liczyłem. Jako fanboj z jednej strony mogłem łatwiej się rozczarować, ale z drugiej łatwiej łyknąć nową muzykę, o ile nie będzie ani diametralnie różna, ani wtórna. New Bermuda sprostało zadaniu. Tylko tyle i aż tyle. Innej głębszej konkluzji nie ma. Tak sobie myślę: kto jej tak naprawdę potrzebuje?

Antoni Barszczak    
14 października 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja