RECENZJE

De La Soul
The Grind Date

2004, Sanctuary 7.0

Najnowsze wydawnictwo De La, historycznie finalizujące trylogię Art Official Intelligence, okazuję się być chyba najlepszym albumem trójki wywodzących się z oldschoolowego rapu, neopsychodelizujących MCs, od czasu drugiego krążka, De La Soul Is Dead (może jedynie poprzednik, AOI: Bionix, ma coś jeszcze do powiedzenia). Bo o debiucie 3 Feet High & Rising nie mówimy przy hierarchizowaniu, przecież wiadomo. Ehm, tak tytułem wstępu, lakonizując.

Teraz na poważnie: postać tego debiutu. Postać 3 Feet, przecież no. Cały krążek wypełniony luźnym humorem, "pozytywnym przesłaniem", masakrującymi hakami, wykorzystując to co najbardziej przebojowe w funkowych, soulowych i jazzowych samplach (i w takiej, podlanej popową przebojowością stylistyce utrzymany) staje się jednym z najważniejszych hiphopowych debiutów, a wręcz albumów w ogóle. Wyróżniający się na tle kozackich produkcji hardkorowego gangsta-rapu, stanowił dla niego jedyną istotną alternatywę. Kwiatuszki, heh. I trzech kolesi – Maceo, Posdnuos i Trugoy – z genialnym stylem i świeżymi tekstami. De La Soul has now entered your mind, body and soul. DAISY Age ustanowili bez większego trudu, kolektyw The Native Tongues, wszystko zajebiście. Choć szkoda, że Prince Paul przestał im robić bity od trzeciego krążka, tak nawiasem mówiąc. A cięższy, niewiele mniej  z a j e b i s t y, De La Soul Is Dead? Kolejny rap-klasyk z 91 (ehm, "Talkin' Bout Hey Love", aaaa!). Potem nieco spadli z jakością, mimo że pozostali istotnym elementem całej subkultury. I wpływ na późniejszych producentów/raperów, stojących w opozycji do gangsta mieli, oj mieli. Wszystko nieocenione.

Ale do rzeczy, znaczy do Grind Date. "Let's go beat for beat, and rhymes for rhymes", zaczyna się w "Verbal Clap", na wyprodukowanym przez J-Dilla (aka Jay Dee) wirująco-klaszczącym bicie (taka moda na handclapy, z tym że Jay do mocarnych kickow dodał klaśnięcie stłumione nieco, więc zagłębiając się w szczegóły – delikatne nowatorstwo w od dawna obowiązującym trendzie, w sumie wymiata). A panowie (młodzi to już nie są) z De La robią wszystko by pokazać, że są istotni. No i kurwa, niech mnie kule, jeśli nie są. Kompilują wszystkie najistotniejsze tendencje w hip-hopie ostatnich lat (clapy właśnie, żeńskie chórki przetłoczone na barwę dziecięcą), korzystają z usług bardziej utalentowanych producentów (wspomniany Jay Dee, Supa Dave West, 9th Wonder). Fajnie. A w singlowym "Shopping Bags" wyprodukowanym przez Madliba (aka... yyy, nieważne) wykazują się zmysłem konstruowania niezłych tekstów na temat damskich zakupów ("Shopping bags they weigh down her arm / Popping tags and collars her charm / All them things she got, she got from you") i wysokimi skillsami w kwestii dopasowania się do bitu (elastyczność Posa w pierwszej zwrotce, eeej, jego prowadzenie sylab – i Dave’a w sumie też!). No ja się cieszę, że niczego im nie brakuje.

Należy też coś powiedzieć o zjawisku kolaboracyj, pomijając już producentów. Swoje "spoken intro" do "Church" ma Spike Lee, co ma chyba podkreślić wartość DLS dla całej subkultury po raz kolejny, w sensie że symbol taki. Dwa kawałki dalej jest legendarny Ghostface (z zaśpiewem "C'mon, Pretty Toney and De La Soul / We was rhymin’ through the frozen street since 8 years old / Take us back to eighty-eight, you couldn't catch our flow / A group of kids so original"). Właśnie w "He Comes", gdzie, nawiasem mówiąc, znajdziemy znowu Posa w szczytowej formie na wyskości wersów: "Nobody does it better than I, so approved by Carly Simon / Most rappers is real hard, but still hardly rhymin'". I nawet jeśli użyjemy przycisku/klawisza odpowiadającego za opcję skip, dalej kolejny guest appearance, tym razem Common. Też nieźle. Co nie zmienia faktu, że potem następna żywa legenda wymiata, zdarty Flava Flav tym razem (mm, that's him): "De La Soul is now back on the map / Long Island is now back on the map / Good rap music is now back on the map", który wydzierając się jak zwykle nieco zagłusza misterną produkcję Otisa Jacksona Jr. Cały akapit dla gości, dużo. A jeszcze pozwolę se na zdanie o kontrybucji MF Dooma w patetycznym "Rock Co.Kane Flow", bo w sumie doznałem, że on też tu jest. Śliniącym się flow zamiata, standardowo o sobie w trzeciej osobie, że "He eat rappers like part of a complete breakfast / Your rhymes ain't worth the weight of they cheap necklace". Choć może mówić o sobie, jak i o De La na przykład, bo wiadomo że nie ma co ich porównywać z jakimś, dajmy na to, Półdolarem. (Ach, zapomniałbym do kolaboracyjnego akapitu dopisać Seana Paula, hihi – "Shoomp", european bonus track, zalatuje gównem, co do przewidzenia, ale i przyjemnym baunsikiem). Reasumując, ważni goście u ważnego wykonawcy.

The Grind Date okazuje się być albumem, który nie rozczarował. Co więcej, jest to nawet nieco więcej niż oczekiwałem. Bity od plejady gwiazd producenckiego undergroundu na wysokim poziomie, rymy na jeszcze wyższym (Pos i Dave w szczytowej formie, ja mówię poważnie), wystarczy na 7.0. Kontekst kulturowy ("let me inherit the street") i goście uderzają mocno.

Mateusz Jędras    
10 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie