RECENZJE
Dawn Richard

Dawn Richard
Blackheart

2015, Our Dawn Entertainment 5.5

Dawn Angeliqué Richard i jej Beautiful Blackheart Twisted Fantasy. Ograbiona naturalnie z całego monumentalnego, popkulturowo-celebryckiego sznytu żeńska odpowiedź na album Yeezy'ego. I teraz tak: już sam realny status ontyczny takiego albumu sprawia, że niektórym skacze ciśnienie, nie mówiąc już o możliwości słuchania, powodującej gorączkę i przeciążenie liczników podjarki; ale są też tacy, którzy nie tylko nie trawią, ale wręcz dławią się kęsami hajpowanych dań serwowanych przez coraz mniej (bo mamy Internet i znamy się lepiej od innych, c'nie?), opiniotwórcze media zza wielkiej wody. Jest też grupa (pewnie dość wąska) legitymizująca się zdaniem: "ale o co chodzi? taka przesadnie wykoncypowana wizja r&b, odzianego w lśniącą, ale ciężką i bezduszną producencką zbroję zupełnie do mnie nie przemawia". Pewnie można jeszcze nakreślić kilka czy kilkanaście przypadków, ale myślę, że w tych trzech udało się zawrzeć najczęstsze sposoby recepcji sofomora Dawn Richard. Nie zepsuję nikomu niespodzianki (wszakże ocena płyty jest niepozorną antecedencją całego tekstu), jeśli już w pierwszym akapicie recki opowiem się za trzecią opinią o Blackheart.

Druga część trylogii Serca (pierwszą było Goldenheart, czyli wiązka nieinwazyjnych numerów z pogranicza popu i r&b, przemycająca jakąś niezbyt zajmującą historię miłości z wojną w tle, więc nie ma się czym zachwycać) to w zamierzeniu dzieło maksymalistyczne, futurystyczne, a przy tym bardzo osobiste i emocjonalne. Problem polega na tym, że na zamierzeniu cała bajka się kończy, bo ani nie potrafię przejąć się rozterkami Richards, ani nie ujmują mnie same piosenki. Owszem, wspólnie z nowym producentem Noisecastle III Dawn wciąż zmienia i miesza narracje oraz zabarwia tło strukturami z różnych krain: syntezatory toczą bój z tradycyjnym instrumentarium, automat perkusyjny w każdym tracku odgrywa inne wzory w różnych tempach, a puste luki ekipa zapełnia przeróżnymi elektronicznymi bajerami i motywami. Niestety niewiele z tego wynika oprócz pokazu producenckich umiejętności. Jak ktoś porywa się na tworzenie popu z inklinacjami r&b, to żeby to mogło się udać, potrzebne są hooki, hooki I JESZCZE RAZ HOOKI, i o tym dziewczyna wyraźnie zapomina, bądź w ogóle nie zdaje sobie z tego sprawy. Cóż mi po rezygnacji z prostych podziałów w obrębie popowej formuły, skoro pozbawiona chwytliwości "Calypso" zmierza w zasadzie donikąd, udając tylko wielopiętrową suitę o wielkiej muzycznej wadze? Fajne patenty, na przykład ten z zanurzeniem wokalu w digitalnym płynie, ale gdy upomnę się o przebojowość, w odpowiedzi dostanę tylko milczenie. Weźmy inny song. Gdy już coś zaczyna się układać, jak w "Billie Jean", to nagle wchodzi partia smyczków i następuje kiepska próba wzruszenia słuchacza. No nie, tak się nie robi dobrego popu. Chyba dobrze, że Jacko tego nie słyszy.

Kolejnym grzechem jest rozciąganie piosenek, którego efektem jest wyłącznie znużenie słuchającego. "Adderail", uzupełnione outerludium "Sold", to kolejny indeks, gdzie od przydługiej i nudnawej kompozycji bardziej interesująca jest produkcja. Dopiero trochę ciekawiej robi się przy "Warriors", choć też nie potrafię cieszyć się w pełni, słuchając tych wymuszonych kalek Drake'a, skoro w tamtym roku Nicki Minaj wydała zajebisty krążek (może z kilkoma wypełniaczami), bezapelacyjnie deklasujący tegoroczny materiał Dawn. Żeby nie było aż tak nudno, mamy też coś dla miłośników dresiarskiej wiksy (co za słowo w ogóle), bo choć refren "Phoenix" nie jest może wysokich lotów, zapamiętałem go od razu przy pierwszym odsłuchu, więc punkty się należą. To nie koniec, bo gdy w trackliście pojawia się kilka znośnych numerów, nagle odzywa się oparty na fortepianowych klawiszach "The Deep" — utwór tak głęboki, że prawie sięgający magicznej granicy 0.0. Wreszcie koniec, a tam tytułowy closer, będący jednym z najlepszych punktów longpleja. Wycieczka rusza od ambientowej mgły, żeby w 1:52 zmienić kierunek w stronę elektronicznych ścieżek jakiegoś Amona Tobina — przyznaję, niegłupio wyszło. Mimo wszystko ciężko powiedzieć, że Blackheart to album nierówny, bo lepiej pasuje tu epitet "nieudany". Za wiele tu kombinacji, a za mało hooków, a pop, zwłaszcza ten flirtujący z r&b, powinien jednak (choć NAJLEPIEJ, jak wszystkiego jest dużo) bazować na odwrotnej proporcji.

Tomasz Skowyra    
17 lutego 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie