RECENZJE

Dawid Podsiadło
Małomiasteczkowy

2018, Sony 5.0

Ale się chłopakowi udało. Ale nie ma się co dziwić – Dawid jest taki szczery, bezpretensjonalny (chyba najczęstsze określenie padające w recenzjach lub tekstach o Podsiadle w tym roku), skromny (wystarczy "przeczytać" okładkę), utalentowany; taki "swój chłopak", z którym można pooglądać Netflixa, a który na pewno nie zdawał po francusku egzaminu u Bronisława Geremka. I starsi, i miastowa młodzież kocha takie gwiazdy, bo ich muzyka równocześnie "uczy i bawi". I jeśli się tak zastanowić, to wszystko udało się osiągnąć dzięki jednemu singlowi "Małomiasteczkowy". Ewentualnie dzięki dwóm, jeśli weźmiemy pod uwagę wsparcie "Nie Ma Fal". Wniosek nasuwa się sam: jeśli udało ci się wykreować taki image, że publika i media jedzą ci z ręki, to właściwie piosenki nie są ci już potrzebne, bo i po co?

Ale Podsiadło piosenki ma. I teraz rzecz, która całkiem mnie zaciekawiła: czytałem i słyszałem całkiem sporo opinii o Małomiasteczkowym i dość często (bo padło to nawet w naszych redakcyjnych kręgach) dało się słyszeć: "nie jest takie złe" (funkcjonujące neutralnie). I jeśli się chwilę zastanowić, to "nie jest takie złe" może funkcjonować zarówno jako sąd krytyczny (jako cierpka ironia), ALE też jako najszczerszy komplement. Dlaczego? Bo mogła być kolejna Granda (ostatnio przypadkiem usłyszałem jakiś singiel z tego dzieła i przez dłuższy czas myślałem, że to jeden z hymnów Męskiego Grania, serio). A Małomiasteczkowy to płyta, o której można rozpocząć dyskusję, można ją różnie postrzegać – to płyta, która nie musi się podobać, ale może.

Ale powiedzmy też otwarcie: na zblazowanym i wymagającym nie wiadomo jakiej muzyki świadomym słuchaczu, który zmielił już w życiu sporą liczbę płyt (weźmy takiego mnie), Dawid Podsiadło nie zrobi większego wrażenia. Okej, wszyscy chwalą produkcję Dziedzica i słusznie, a refreny nadają się do radiowego formatu. Tyle tylko, że po jednym odsłuchu nie czuję potrzeby kolejnych. To dla mnie zbyt jednowymiarowa muzyka (najbardziej słychać to w "Nie Kłami" czy wczasowym tytułowym), nawet jeśli zdarzają się jakieś hotchipowe "Cantate Tutti" (choć nie trawię tego mamrotania), humanleague'owe "Trofea" czy wycofano-smutny "Lis" (tu jednak pochyliłbym się nad produkcją) – oklepany songwriting to wciąż znak rozpoznawczy polskiego mainstream popu. I tym mało optymistycznym akcentem kończę i idę wyrobić sobie świat pełen kolorów.

PS. Jebać OBIEKTYWNĄ KRYTYKĘ (czymkolwiek, do chuja Wacława, jest).

Tomasz Skowyra    
6 listopada 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi