RECENZJE

David Bowie
The Next Day

2013, Columbia 7.1

Dwa duże powroty wydarzyły się na początku 2013 roku. My Bloody Valentine i David Bowie. Powrót MBV był wydarzeniem bardziej spektakularnym, w końcu milczeli o wiele dłużej, a ich nowy album wzbudzał większą ekscytację również z tego powodu, że nikt tak naprawdę nie umiał przewidzieć jaka to będzie płyta. A Bowie? Ostatni album, na którym zaznaczyły się jakieś eksperymentalne poszukiwania wydał w 1997 roku, ostatni wybitny w 1995. Outside był intrygującym dziełem z niełatwym do jednoznaczniej klasyfikacji materiałem. Płytą, na której po raz ostatni w twórczości Bowiego odcisnął piętno Brian Eno. Earthling goniła lata 90., z różnym skutkiem włączając drum’n’bassową poetykę. A później? Ani Hours, ani Heathen, pomimo widocznych ambicji, ani tym bardziej Reality nie były w stanie sprostać wymaganiom, jakie powinno stawiać się płytom Bowiego.

Pierwszy singiel z nowego albumu nie zapowiadał niczego, na co warto by czekać z wypiekami na twarzy. "Where Are We Now?" jest oczywiście zgrabnie napisaną, molową balladą, lecz nie potrafi raczej wzbudzić gwałtowniejszych emocji, pozostając schludnym, eleganckim songiem w smokingu. I na tym tle, zupełnie znienacka, rzucił Bowie asa z rękawa, swoją najlepszą piosenkę od (chyba) "We Prick You", odrobinę neurotycznego, bezlitośnie przebojowego zabójcę, ilustrując muzykę wieloznacznym, ironicznym, a zarazem nostalgicznym teledyskiem z Tildą Swinton. "The Stars (Are Out Tonight)" wywindowało oczekiwania z obojętnego poziomu względnej ciekawości do żywego zainteresowania resztą nowego materiału.

Zaskakujące, że oto powrócił Bowie klasyczny, jak dawniej otwierający swoje albumy z bezwzględną klasą. "The Next Day", z zachowaniem oczywistych proporcji, przypomina "Beauty And The Beast", czy (bardziej) "It’s No Game". Oto zwrotka napędzana motoryczną sekcją mknie w kierunku potężnego, hałaśliwego refrenu i znajdujemy się nieoczekiwanie na przełomie lat 70. i 80., z całym nowofalowym dobrodziejstwem. Na tle ostatnich kilku płyt Bowiego jest to piosenka wręcz szokująca, aż za dobra, dlatego kolejny utwór, "Dirty Boys" wydawać się może rozczarowujący. A jednak, napięcie budowane poprzez dychotomię między mroczną, nieco waitsowską zwrotką i wynurzającym się z niej promienistym refrenem, z wychodzącą na pierwszy plan partią saksofonu znajduje ujście dopiero w singlowym "The Stars (Are Out Tonight)".

Budowanie napięcia wychodzi na przestrzeni The Next Day całkiem udanie. O ile wybór "Where Are We Now?" na singiel wydaje się złą decyzją, o tyle w kontekście albumu ta ładna ballada pozwala zaczerpnąć nieco powietrza, poprzedzona dusznym, depresyjnym, przywodzącym na myśl gęstą aurę Disintegration nagraniem "Love Is Lost". Kiedy z kolei w "Valentine’s Day" kieruje się Bowie na sentymentalną, bezpieczną, stardustowską ścieżkę, to już za chwilę dokonuje sporego przeskoku w czasie. "If You Can See Me" jest najbardziej awangardowym fragmentem albumu, możliwym modelem zagubionego ogniwa między Scary Monsters i Outside, na którego odkrycie przyszło czekać aż do teraz.

Rozbieżność stylistyczna (przekrojowość) The Next Day jest niewątpliwą zaletą albumu. Co ciekawe, nie wpływa ona negatywnie na jego spójność, lecz właśnie poprzez ciągłe utrzymywanie napięcia buduje interesującą całość, która dość szybko staje się czytelna i zrozumiała. To właśnie zdolność kontrastowania pozornie przeciwnych sobie nagrań pozwala stać się najnowszej płycie Bowiego tą najodpowiedniejszą do opowiedzenia własnym językiem sporej części jego kariery. Jeśli założylibyśmy, że historia chociaż na moment może toczyć się nielinearnie i wydarza się w jednym momencie, jeśli potrafilibyśmy wyobrazić sobie jeden, integralny album Davida Bowiego, na którym sąsiadowałyby ze sobą "Moonage Daydream" i "Ashes to Ashes", to właśnie (po odjęciu wartości kompozycyjnej, rzecz jasna) The Next Day byłby takim albumem. I jeśli uświadomić sobie, że David Bowie jest obecnie 66 letnim człowiekiem mającym za sobą jedną z najbardziej fascynujących karier w historii popu, to taka konstrukcja płyty, gdzie "(You Will) Set The World On Fire" z rodowodem w Young Americans wyłania się z nowofalowo-glamowego "How Does The Grass Grow", a przechodzi w podniosłą pieśń o samotności umierania nie powinna nikogo dziwić. Przez całe życie Bowie ubierał maski, przeistaczał w kolejne postaci, ale w końcu odpuścił i zrzucił kostium, jest już statecznym, starszym panem, zapewne podobnym temu, którego zagrał w teledysku z Tildą Swinton ("we have a nice life..."). Starzejącą się gwiazdą, nękaną czasem po nocach wspomnieniami z przeszłości. I ze wspomnień powstała ta płyta.

Piotr Gołąb    
13 marca 2013
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie