RECENZJE

David Bowie
Blackstar

2016, Columbia / RCA / ISO 6.1

Po powrocie i sukcesie The Next Day na tegoroczny album Davida Bowiego czekano jak na nowy epizod Star Wars czy nowe odcinki The X-Files lub Twin Peaks. Dziś, z krótkiej perspektywy czasu, Blackstar już na zawsze będzie wiązał się z niespodziewaną śmiercią jednej z najważniejszych ikon popkultury. Aż nie chce się wierzyć, że to wszystko tak się poukładało. Oprócz tego, że lawina ruszyła (dowiedzieliśmy się, że David odmówił Coldplayowi czy Red Hotom, a nawet, że chciał zagrać we Władcy Pierścieni − spoko, ale po co to komu?), powszechna opinia uznała ostatni album Bowiego za rodzaj artystycznego testamentu, budując tym samym recepcyjny kontekst, z którym trudno polemizować. Wszyscy mogliśmy obserwować tę sytuację, a nawet brać w niej czynny udział – wystarczyło wejść na Facebooka. Mimo wszystko, chciałbym spróbować odseparować zawartość materiału od tego, co miało miejsce dwa dni po jego premierze. Chciałbym spojrzeć na siedem utworów z Blackstar wyłącznie od ich muzycznej strony. Bez zbędnych tez o wielkości i roli Bowiego dla muzyki przez pryzmat jego odejścia.

Nie trzeba chyba tłumaczyć takiego zamiaru: wszyscy dobrze wiemy, że minęły dekady od momentu, w którym David Robert Jones stał się legendą muzyki popularnej (i nie tylko). Nie ma sensu wymienianie tytułów najważniejszych płyt, bo jeśli ktoś dopiero teraz postanowił zgłębić jego przepastną dyskografię, ten wie, o jakie klasyczne albumy chodzi (swoją drogą, jeśli ktoś serio myśli o zapoznaniu się z dorobkiem Bowiego, a pod ręką ma tylko Internet, to niech przestudiuje najbardziej merytoryczne, polskojęzyczne opracowanie studyjnej dyskografii Ziggy'ego, jakie można znaleźć w sieci). Zatem taka beatyfikacja byłaby nie tylko mocno spóźniona, ale byłaby po prostu zwyczajną kpiną. Stąd też pozostawiam kontekst w spokoju i całe zainteresowanie przenoszę na kompozycje zawarte na płycie z czarną gwiazdą na białym tle. Żeby nie było − nie chcę wyjść na kogoś kompletnie wyzutego z emocji i współczucia, bo oczywiście nie da się zaprzeczyć, że Blackstar na pewnym poziomie jest niebywale poruszający − w końcu to za sprawą tego krążka jedna z kluczowych postaci popu postanowiła rozliczyć się z życiem i samym sobą. Bowie, tworząc tę płytę, równocześnie umierał. Miał świadomość tego, że rak wątroby nie ustąpi, więc jeśli miałby przekazać światu jakiś komunikat, to tylko teraz. Nie potrafię w żaden sposób ocenić tej sytuacji, bo ocenić jej się nie da. Ba, ona nie podlega ocenie, bo to inny rodzaj emocji, których nikomu nie trzeba tłumaczyć. Dlatego mogę jedynie skupić się na postaci samego Bowiego (i Viscontiego, który pewnie odcisnął wyraźnie piętro na kształcie płyty) i na tym, jak ten ból i pogodzenie się z nieuchronnym końcem wyraził w głosie, instrumentach i dźwiękach.

Nad całością unosi się mrok, patos i śmierć. Tytułowy utwór od razu został uznany za jedno z najlepszych osiągnięć Davida: pisano o nim "epicki", "eksperymentalny", "jazzowy". I poniekąd można się zgodzić: trwa prawie 10 minut, pod koniec słychać dalekie echa Low (7:05) i można pokusić się o wskazanie zapowiadanego wpływu Boards Of Canada w warstwie oszczędnego, motorycznego beatu (czy ogólnie "atmosfery", choć to wszystko trochę to naciągane, no ale na 0:55 faktycznie da się to podpiąć) i słychać wreszcie przewijający się w różnych etapach kariery jazzowy sznyt. No i upiorny wokal Bowiego poruszający się po żałobnym tle odrzucający wszystko jak leci, a wierny jedynie Czarnej Gwieździe. Krytyce to wystarcza, ja jednak wolałbym, aby cała suita była bardziej zwarta, a przez to mocniej raziła treścią. W nagranym na nowo "'Tis A Pity She Was A Whore", Bowie łamiącym głosem opowiada zainspirowaną dramatem Jamesa Forda historię, która w zamierzeniu miała być rockowym wortycyzmem. Dla mnie brzmi trochę jak "You've Been Around" w dźwiękowym anturażu Outside. Z kolei "Lazarus" zaczyna się jak jakiś smutniejszy początek numeru z The Lonesome Crowded West, który następnie zostaje zachowawczo rozwinięty przez "środkowy" Tortoise. Tu znowu wraca elegijny nastrój połączony z quasi hiszpańskim pierwiastkiem saksofonu, pojawiają się "zardzewiałe" riffy, a w końcówce znowu przemawia jazz. Pełno tu symboli i dwuznaczności, co da się zauważyć już w pierwszej linijce tekstu i w słynnym już jak mniemam teledysku. I tak doszliśmy do półmetka Blackstar.

Kolejny, drugi fragment wywiedziony z kompilacji Nothing Has Changed, "Sue (Or In A Season Of Crime)", napędzają agresywne gitary i jungle'owy rytm. I tu znowu tworzy mi się pewna figura, ponieważ brzmi to tak, jakby "późny" Scott Walker coverował utrwalony w Zagubionej Autostradzie "I'm Deranged", co niestety jakoś szczególni mi nie imponuje. Podobnie jak monotonny, marszowy patos "Girl Loves Me". W dodatku Bowie śpiewem próbował chyba przenieść "Yassassina" do zaświatów i poniekąd mu się to udało. Natomiast zupełnie inne wrażenie robi "Dollar Days". Iskrzący fortepianową balladowością Radiohead-indeks to najbardziej przejmująca pieśń Bowiego na całej płycie − zarówno na poziomie tekstowym, jak i muzycznym. Zaś kończący "I Can't Give Everything Away", z harmonijką z "A New Carrer In A New Town" i basem łudząco przypominającym ten z "Soul Love", wlewa trochę światła w ciemne oblicze długograja. Jednak patetyczny ton góruje nad songwritingiem i nie da się tego niczym usprawiedliwić. Dlatego Blackstar nie wyróżnia się znacząco na tle muzycznego dorobku Davida Bowiego, ale bynajmniej nie stanowi pozycji nieudanej. Natomiast w kulturowym dyskursie album będzie pełnił rolę znaczącą, dzięki której legenda zmarłego artysty zyska kolejne niezwykłe wątki. Tony Visconti napisał na swoim facebookowym profilu: "His death was no different from his life – a work of Art" i chyba trudno ująć to lepiej. Ale David Bowie zmarł prawie miesiąc temu i świat (a zwłaszcza Internet) już zdołał się pozbierać po tej stracie. Teraz wszyscy dyskutują o dupie i kutasie Kanye, czyli po krótkim wstrząsie wszystko wróciło już do normy.

Tomasz Skowyra    
8 lutego 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja