RECENZJE

Daria Zawiałow
A Kysz!

2017, Sony 5.2

Daria Zawiałow, uczestniczka X-factor, może Big Brothera, może Music coś tam, może Idola, może też czegoś innego, nie wiem, nie znam, nie oglądam, nie słucham, szanuje swój czas, twój też (dobra, ten już trochę mniej), przeczytałem to gdzieś na Pudelku, może w Super Expressie (tu już tego czasu kompletnie nie szanuje), niby nie przeglądam, nie czytam – ale czy to ważne? Czy z punktu widzenia pisanej recenzji ma to jakikolwiek sens? Ma, [kropka]. Mam płytę Darii, a mogłem trzymać Szymona, mógł to być Markocki, mogła być Flinta, mogła być Alicja, mógł być Jankowski, wiecie, po jakim terenie teraz się poruszamy, mogło być wielu innych typów, pędzących telewizyjnym fantomowym lotem w stronę topu OLISa, z wewnętrznym parciem na Fryderyki i paszporty Polityki. Ale jest Daria, niby z tym samym parciem, ale na szczęście w tej jej mainstreamowej muzycznej nieświadomości tkwi paradoksalna atrakcyjność. Czy chcecie, czy nie, medialny kontekst posiada tutaj namiastki znaczenia, zwłaszcza jeśli z jego przyczyny, nie było tutaj żadnych rokowań na coś, o czym można byłoby powiedzieć, że jest przyzwoite.

Dodatkowo Daria – jeśli osadzimy ją w szerszym kontekście – wpada w worek, zespołów, artystek i artystów połączonych silnym rodzinnym i marketingowym podobieństwem, Podsiadłów, Brodek, Koteluków i całej tej trójkowej ekipy młodych-zdolnych-niepokornych. Nie chodzi tu o to, że ich jakoś przesadnie deprecjonuje czy atakuje, chcę zwrócić uwagę na tę całą skondensowaną wokół nich muzyczną otoczkę, w której A Kysz śmiało partycypuje, stając się jej wyraźnym reprezentantem – wiesz, w końcu nie jestem taka jak inne*. Tu był kolejny punkt, mogący pociągnąć w dół to wydawnictwo, i w sumie trochę ciągnie, ale za to w ogólnej puli wbrew oczekiwaniom kończymy z miłym, też trochę wstydliwym, zaskoczeniem.

A wyszło to na złość wyobraźni podsuwającej obraz, czegoś, co o wiele sensowniej wpisane byłoby w rodzaj bycia koślawym portfolio absolwentki wieńczące edukację w jakimś podrzędnym konserwatorium muzycznym na obrzeżach aktualnie istniejącego świata, gdzie pomiędzy wyśpiewanymi nieśmiertelnymi szlagierami o Nowym Yorku, znajdzie się poświęcone miejsce na natchnioną pieśń o papieskiej barce z przesadnie wirtuozerskimi wokalizami, jak feralna gąsienica z poprzestawianymi akcentami (niezniszczalna Natalia Niemen). Daria kojarzy się,z tymi dobrze śpiewającymi dziewczynami z patosem i łzami w oczach urozmaicającymi Osiecką licealne apele o posmaku skutków weneryki. Płaskie, warsztatowe, bezduszne, coś tam potrafią, ale angażują to w tak miałkie rzeczy.

Okazuje się jednak, że po części był to ślepy strzał, błąd, pudło, a płyta twardo i dumnie staje naprzeciw nagromadzonym negatywnym oczekiwaniom. Jasne, podświadomie ten powyższy archetyp ustawicznie nawiedza kompozycje, prześladując zmysł smaku swoją powykręcaną orgazmicznymi drgawkami twarzą, ale jak na zaistniałe możliwości znikąd obrywamy czymś, co zdaje się być pełnym ambicji (ulokowanej nie tam, gdzie trzeba) materiałem, jednocześnie będącym atrakcyjną pożywką na przyjemne zabicie czasu. Wiadomo, że w swej podstawie to wszystko jest nieświadome jakiegokolwiek szerszego muzycznego kontekstu, paskudnie ideowo sprzeciętniałe, jest czymś w stylu dziewczyny namecheckującej niezdychające klasyki trójkowego topu w celu ukazania obycia i szerokości swojego muzycznego horyzontu: "wiesz nie zamykam się na jeden gatunek, wiadomo, że Doorsi są wspaniali, znasz Pink Floydów, moi ulubieni, ale lubię także pobuszować i poeksperymentować z innymi gatunkami, wiedziałeś, że rap to nie tylko nawijki o pieniądzach i nagich sukach*, potrafi być także inteligentny, słyszałeś o Taco?". Nie będę ukrywał, że z uznaniem kiwam głową, wciąż tkwiąc w wieku gdzie nabrzmiały kutas ma pierwszeństwo przed uświęconym muzycznym Jihadem (chociaż oczami wyobraźni można bić nim o klawiaturę, pisząc o jakimś zerowym arcydziele, rozszerzając język dotychczasowego muzycznego dyskursu – taka dygresja i pomysł na przyszłość do szuflady). Wracamy, Zawiałow niby odpadła dość szybko z programu, ale w końcu jej charyzmie i głosowi udało się odnaleźć odpowiednią komercyjną niszę, w której mogła się ładnie i skutecznie zadomowić. Potem był błysk, światło i tak powstało przyjemne A Kysz!

Tego właśnie tej płycie nie można odmówić. Ta pieczołowicie stworzona "alternatywa" skierowana pod piwa z sokiem, brodatych Chet Fakerów i wianki na Florence ma swój wstydliwy urok pozostawiający słuchacza w uczuciu rozdarcia, stawia go przed doświadczeniem dojmującego absurdu egzystencji w swoim najjaskrawszym przejawie. Z jednej strony można odczuwać tutaj silną antypatię skoncentrowaną wokół dźwiękowej powłoki, porządkowanej wcześniej wspomnianą nieświadomością i dojmującą infantylnością. Z drugiej jednak… Guilty Pleasure? Możliwe... Jak najbardziej… Ale podobno ta kategoria kiedyś lekko dogorywała – albo nie – ona po prostu już zdechła, trudno... nie mogę nawet się nią zasłonić, ładując wszystko na klatę, przechodząc marsz wstydu i wyznając publicznie swoją słabość do tego niepozornego zbioru utworów – mimo paradoksalnie odczuwanej wewnętrznie niskiej i podłej pogardy, której się lekko wstydzę.

To jedno tutaj pozostaje: bezpretensjonalna radość, jakiej ta płyta dostarcza. No bo jak nie odczuwać wewnętrznego Hamleta, gdy wchodzi taki "Kundel Bury" albo "Malinowy Chruśniak" – jak to w ogóle brzmi, jak to w swej nazwie takie niedojrzałe i na dobitkę odtwarzane jest za pomocą pełnej powagi – no trochę nie, trochę to wypada z torów i się mocno gryzie, ale to tylko w koncepcie. Bo zaraźliwość i siła singlowego "Kundla", wieńczy się bardzo ekhm... ekhm… wzruszającym odczuciem? Przywołującym na myśl Ostrowską i jej "Meluzynę", anyone? Muzyka tych wszystkich Akademii Pana Kleksa i całej tej retro ekipy. Jak nie dać ponieść się tej feerii barw, no jak? Dobra nie jest to pop wysokich lotów, ale można potężną żuczą żuchwą muldać to wszystko w ustach, taki chleb z masłem, nie jest to jakieś wybitne w smaku, ale przynajmniej nie wyplujesz tego w torsjach niesmaku. Szału nie ma, jest przyjemnie.

*Dla mnie rap to tylko hajs i j*banie – innych odmian nie szanuje (ale to tak wpisując się na siłę w ostatnie ogólne tendencje antyintelektualistyczne na świecie).

**Wiara w indywidualizm, płatkośniegizm, była błędem. Znajdź sobie człowieka, który w wyniku dogłębnej dekonstrukcji wciąż będzie nietykalny, ucieknie od stereotypizacji i będzie niewrażliwy na zaliczenie do jakichkolwiek archetypów – pokażcie mi takiego...

Michał Kołaczyk    
24 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie