RECENZJE

Daphne & Celeste
Daphne & Celeste Save The World

2018, Balatonic 7.2

Lubię myśleć, że Jauja Lisandro Alonso (zwłaszcza końcówka) to długi odcinek trzeciego sezonu Twin Peaks, dziejący się mocno w przeszłości w Buenos Aires. Lubię myśleć, że Zapiski z Toskanii zmarłego niecałe dwa lata temu mistrza Kiarostamiego to czwarta część słynnej już trylogii Richarda Linklatera. Albo lubię myśleć, że głośny netflixowy serial Dark to tylko kolejny, przeciętny (imo), doprawiony wątkiem science fiction sezon Belfra. A w muzyce? Lubię myśleć, że "Glamour Perfection" Steely Dan to antycypacja Luomo, lubię myśleć, że "Scott Free" Lilys to jakiś fragment z sesji nagraniowej Spirit They're Gone, Spirit They've Vanished. Tak samo lubię myśleć, że "Losing You" Boy Pablo to jakiś odnaleziony odrzut z From Langley Park To Memphis Prefab Sprout. No i lubię myśleć o nowym LP zapomnianego girlsbandu Daphne & Celeste jak o nowym długograju Maxa Tundry, ale w tym przypadku jest to aż nazbyt uprawnione.

A to dlatego, że Ben Jacobs w całości wyprodukował oraz (prawie) w całości napisał dziewczynom Daphne & Celeste Save The World. Można więc powiedzieć, że marzenie o tym, że Max Tundra wyprodukuje kiedyś album z komercyjnym popem się spełniło, ale czy efekt jest w stu procentach zadowalający? Powiem tak: wydaje się, że Ben nie mógł sobie poszaleć tak, jakby tego chciał i ostatecznie nie rozwinął w pełni skrzydeł. Mimo wszystko zachowano tu formę i strukturę popowej piosenki, ale sporo tu ekstremalnych i wariackich odjazdów znanych z Parallax Error Beheads You czy przede wszystkim z Mastered By Guy At The Exchange. Musimy też pamiętać o tym, że ten gość właściwie już nic nie musi: może sobie siedzieć na Twitterze i zastanawiać się, czy "Left To My Own Devices" to największy popowy singiel ever albo smucić się, że Zyan nie odpowiedział na propozycję produkcji płyty, bo nie musi już nic nagrywać czy komponować, więc można się tylko cieszyć, że tak piekielnie zdolnemu gamoniowi chciało się jeszcze coś w muzyce zrobić.

Mamy więc wydany po 18 latach (!) SOFOMOR mało znanych dziewczyn z duetu Daphne & Celeste. I słuchając ich wokali od razu przyszło skojarzenie z Becky Jacobs, a więc siostrą Bena, która dośpiewywała wokalne partie na MBGATE. Ale dobra, co z piosenkami? Już od krótkiego intra wiadomo, że to Max Tundra kieruje wszystkimi poczynaniami: pianinkowe melodyjki, żeński głosik na wierzchu i wreszcie zagęszczenie akcji typowym tundracore'owym rozgardiaszem. Drugi w kolejce "Sunny Day" to idealny soundtrack do obecnej pogody (choć u mnie za oknem zanosi się na burzę), który brzmi jak kolorowy kawałek z krainy słodkiego j-popu posypany szczyptą soli himalajskiej. Potem wjeżdża singlowy "BB" z klawiszowymi zawijasami i łatwym do uchwycenia zaśpiewem dziewczyn, przy którym zastanawiam się, ile KNOWER podkradli dla siebie od Jacobsa. Indeks #4 to z kolei bardziej ugładzony, nakręcany elektronicznymi opiłkami przypis do sofomora Tundry, ale właściwie w każdym numerze z longplaya można znaleźć coś wartościowego.

Na przykład te zaśpiewy na 0:22 w "16 Stars" – jak mi się to wryło do głowy, od kilku dni nucę to co 10 minut (swoją drogą, co za pokręcony numer: podział zwrotka/refren przewrócony do górny nogami). W "Paint Can" wjeżdżają mocno pokurwione zmiany akordów i metrum (co się wyrabia od 0:29...), które nie przeszłyby w mainstreamowym popie, a ta sekwencja zimnego synthu w "You & I Alone" też wsiąknęła we mnie dość solidnie. Nie zaskoczę was również tym, gdy napiszę, że "Alarms" ze zreverbowanym głosem dziewczyn wymiata, natomiast trochę słabym (czytaj: w ogóle mnie nie przekonującym) zabiegiem jest to przeszczepianie jakiegoś nu-rave'owego (LOL) jazgotu w "Taking Notes" – oczywiście końcóweczka zażera jak najlepszy Max. Na płytce znalazły się jeszcze puszczone od tyłu, eksperymentalne interludium, urocza szkolna piosenka, ujawniający predylekcję Tundry do starych komputerów, chiptune'owy wałek (Selected Amiga/BBC Micro Works 85-92 anyone?) i closer/electro-popowy "cover" samego Captaina Beefhearta, jakiego jeszcze nikt nie słyszał – sporo jak na powrót niemal anonimowego, dziewczęcego duetu.

TAK ŻE TEN: Ben "wciąż to ma" i super się stało, że koleś jakoś spiknął się z dziewczynami (które ze swojego zadania wywiązały się naprawdę dobrze), bo owocem ich współpracy jest świetny album, do którego będę jeszcze często wracał, bo coś czuję, że jego wartość może z czasem urosnąć. Jedynie szkoda mi jednego: po cichu liczyłem, że gdzieś tu znajdę jakiś hymn na miarę "Which Song", ale może w przyszłym rozdaniu, Max? W końcu mam dość myślenia, że Let Go to follow-up do Parallax.

Tomasz Skowyra    
10 kwietnia 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25