RECENZJE

Danny Brown
Atrocity Exhibition

2016, Warp 7.0

Sytuacja robi się wyjątkowo niebezpieczna. Bestii z Detroit coraz bardziej zaczynają uwierać przymocowane do kończyn łańcuchy. Więzy, które do tej pory nakazywały przybierać odpowiednie pozy i zakładać maski, są już luźniejsze niż kilka lat temu. Te osobliwe indywiduum w końcu zmęczyło się tłumieniem swoich emocji. Rok 2016 jest początkiem nowego rozdziału, powołanego do życia przez kogoś, kto dojrzewa do stawiania wykrzykników.

Karierę Danny'ego zawsze charakteryzowało uczucie niedosytu. Początkowo niedopieszczenie objawiało się w surowości pierwszych mixtape'ów. Efekty wzbudzały podziw, ale każdy wiedział, że to dopiero początek artystycznej drogi. Potem przyszło docenione XXX i przepustka do mainstreamu – album Old. Obie płyty proponowały przystępną formę bezkompromisowości, w humorystycznym kamuflażu prezentującą czasem odpychające treści. Obie świadczyły też o tym, że ekscentryczny raper wciąż w pełni nie wykorzystał swego potencjału.

Tym razem dostajemy po głowie znacznie mocniej. Słuchanie Atrocity Exhibition to nie figlarna zabawa, a raczej konfrontacją zakończoną wyprutymi wnętrznościami. Autor "Greatest Rapper Ever" wypluwa wersy po stokroć intensywniej niż w przeszłości. Groteskowe flow zdaje się przeczyć jakimkolwiek konwencjom i niekiedy przeradza się w atonalny pisk. Momentami brzmi to jak dzikie zwierzę usiłujące wydostać się na wolność. Surowość jest dopełniana przez eksperymentalne podkłady, wręcz wulgarne, tak czasem ciężkie do zniesienia. Brak tu hedonistycznej ekscytacji znanej z "Dip" czy "Bruiser Brigade". Imprezowy eskapizm został zmieniony w wywołujące torsje delirium. To zdecydowanie najbardziej paranoiczna płyta w dorobku amerykańskiego twórcy.

Na uwagę zasługuje również błyskotliwe wykorzystanie muzycznych i literackich inspiracji. Danny nie ogranicza intertekstualności do odpowiednio przyciętego sampla czy błyskotliwej puenty. Cytowanie Joy Division i J.G. Ballarda ma swoje uzasadnienie w specyficznej koncepcji albumu. Desperację emanującą z tekstów Iana Curtisa od razu da się zestawić z maniakalnymi zwrotkami kontrowersyjnego rapera. Obaj pragną zrzucić krępujące ich kajdany i zniknąć w wyswabadzającej otchłani. Z kolei kultowy pisarz jest kimś w rodzaju patrona tej degrengolady. Jego Atrocity Exhibition to, podobnie jak dzieło Browna, antologia skrajnych emocji i niepokojących idei.

Nie jest to oczywiście dzieło stuprocentowo udane. Wciąż można mieć zastrzeżenia do niepotrzebnych występów gościnnych, czy monotonii niektórych motywów, jednak są to tylko krótkie epizody przejściowo stopujące narzucone tempo. Dlatego tym bardziej kłuje w uszy banalność "Get Hi" czy okropny refren w "Rolling Stone". Takie momenty są jak plama od spaghetti na obrazie Rembrandta. Świetnym symbolem tego autosabotażu jest kolaboracja z rapową ekstraklasą w "Really Doe", która (mimo bezdyskusyjnego rapowego kunsztu) do kontekstu reszty kompozycji pasuje jak pięść do nosa. Tak więc Danny zasuwa jak bolid, ale wciąż jest o krok od pole position. Mimo wszystko, tym razem zabrakło mu jedynie kilku sekund.

Łukasz Krajnik    
19 października 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie