RECENZJE

Dan Deacon
Bromst

2009, Carpark 5.9

Włączam płytę i za oknem słyszę alarm mojego auta. "Build Voice" – co za słodka nazwa. Można nią wytłumaczyć największe gówno. Z tym, że Dan Deacon nie jest nim, a za to kolesiem, którego kilka osób uważa za geniusza, a większość za wykonawcę, który daje dobre koncerty i nagrał dwa lata temu płytę w jasno określonym – repetytywno-sztuczno-neurotyczno-naiwnym stylu. A na "Build Voice" Deacon ma niezły wokal. Nie jest taki głupawy jak na otwieraczu poprzedniego albumu, ale nie zawsze można być dzięciołem.

"Red F" – taki trochę Tundra ze słabych bootlegów, których nigdy nie było. Do czasu, bo Deacon ma tendencję do szarpania nerwów słuchacza wykalkulowanym, ale jednak obłędnym hałasem. Jest go tutaj tak strasznie dużo, że wyłącza się percepcja. Nic nie rozumiem. Tutaj Deacon nie ma niezłego wokalu.

"Padding Ghost" – o, będzie jakoś spokojniej może, odsapniemy od zgiełku... Nie-e-e, oczywiście, że znowu jest obficie w decybele, syntetycznie, no i wreszcie głosy przetworzone na upośledzone. W tych trzech kawałkach zawarty jest cały album... i cały styl Deacona z grubsza. Nie ma sensu wymieniać dalej.

Ale, cytując najważniejszego polskiego eksperta, nie jest istotne jak śpiewają, ale o czym śpiewają. Na Spiderman Of The Rings Deacon starał się być o wiele zabawniejszy, podkreślając jednocześnie, że jest artystą cwanym i ma pomysł na siebie. A ten pomysł to *żonglowanie* symbolami popkultury. Piszę w gwiazdkach, bo Spiderman, Woody Woodpecker i Batman nieważne w jakim kolorze, mają ze sobą wspólne właściwie wszystko. Dlaczego Deacon nie zawędrował w swoich poszukiwaniach poza Cartoon Network? Ja nie wiem, on pewnie mówił w jakimś wywiadzie.

Bromst jest wolne od wyjątkowo prostych skojarzeń. Hydraulik Mario, który przez całą poprzednią płytę zapierdalał po kolejnych planszach swojej krainy, jakby zwolnił. A momentami pozwala sobie na refleksję. Spiderman Of The Rings był pełen repetycji, które wprawiały słuchacza w trans i nie pozwalały przerwać nucenia. Co ty mi tu jakąś melodię z Akademii Pana Kleksa zaiwaniasz! – krzyczał na mnie Ojciec, kiedy w samochodzie przez piętnaście minut wyłem cienkim głosem motyw z "Wham City". Bromst też jest pełne repetycji, ale czasem idą one w stronę patosu i nadają utworom niemal epicki charakter. Sprzyja temu także złożoność poszczególnych utworów. Więcej tutaj początków i końców, piosenek o potencjale singlowym (na jakąś bardzo chorą listę przebojów, oczywiście). Dzięki temu dla odmiany można słuchać albumu w trybie losowym i też nie ma dramatu.

Oczywiście też bez przesady – kategoria zabawności nadal obowiązuje (pełne durnych dźwięków "Woof Woof", cymbałkowate "Baltihorse"), jednak paleta, do tej pory jedynie głupich, emocji wzbogaciła się o kilka nowych odcieni. Czyli, że progres. Deacon, kiedy już się przebił, wydawał się jednorazowym wygłupem. Okazał się jednak typem, który jest w stanie nagrać więcej i też fajnie. Nadal orbituje z dala od geniuszu, ale jest na fali. Tylko nie warto tego słuchać wieczorem. Człowiek robi się nerwowy.

Filip Kekusz    
4 lipca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie