RECENZJE

Dâm-Funk
Toeachizown

2009, Stones Throw 8.3

BD: Nie wiem co się stało. Przez ostatnich sto czterdzieści minut (tak, dwie godziny dwadzieścia) przebywałem jakby "w innym wymiarze". Normalnie zanurzenie się w oceanie rozkoszy, epicka podróż do wnętrza jaźni, rozpłynięcie w podświadomości. "Cokolwiek, ziom". Damon Riddick: jesteś dla mnie kimś w rodzaju Goldie r’n’b – podpalasz je, demolujesz, a to nadal jest r’n’b. Około tysiąca (lekką ręką licząc) klawiszowych barw w kontrapunkcie bitów, których nie powstydziłaby się Mensa, konstytuuje dwa tuziny mistrzowskich kawałków zrealizowanych w retro-futurystycznym idiomie eksperymentalnego synth-g-funk-electro-boogie-disco-trip-post-bopu. W sumie składa się to na pięciopłytowy (lol Matti) zestaw przebijający w kategorii czystego wypreparowanego kompozytorstwa jakieś 69 Love Songs i All Things Must Pass. Za dużo tu rzeczy, które kocham w muzyce – wymiękłem, rozkleilem się, rozpuściłem jak kostka cukru w kawie. Nastąpiła deklasacja konkurencji, destabilizacja systemu, decośtam czegoś. Miejsko-gwiezdna transcendencja powstawała trzy lata. Mogę niby nawijać, że roztrzęsione, czkające pasaże "Mirrors", świętojańskie perełki na tle ciemnych plam basu w "I Gots To Be Done Wit' U" czy kicz-liryzm "I Wanna Thank You For" przywołują mi najskrytsze marzenia z naiwnych czasów wczesnego ogólniaka, ale generalnie Eneida się wkrada. Wszystkie te łudząco podobne do siebie impresje zlewają się w długaśną, fantazyjną, zmysłową sesję spoza realizmu, więc se daruję.

ŁŁ: FutureSex/LoveSounds. Czego tu nie ma, mówię wam. No nie ma na przykład post-rockowego przynudzania, nie ma metalowego stroszenia piór, no z pewnością wielu rzeczy tu nie ma, jakby powiedział Kaczor Donald. Jest natomiast glo-fi, jest Dr. Dre, Kamata, Stevie Wonder, Janet Jackson, w ogóle połowa Motown, pop pierwszej świeżości muzyka przyszłości i 2,5 godziny, które każdego normalnego człowieka w pierwszym kontakcie przygwożdzą. Będziecie zapierać się, zarzucać albumowi nudę, rozwodnienie, jednowymiarowość, będziecie udawać, że ta fuzja robi wrażenie tylko przez godzinę, ale na 5 LP (okładki – mistrzostwo świata jeśli chodzi o relację cover-zawartość) to trochę za mało. I oczywiście będziecie w błędzie, przy czym poznawanie tej płyty tydzień przed podsumowaniami roku to gwałt na możliwościach percepcyjnych, wyzysk człowieka przez człowieka, człowiek człowiekowi wilkiem, bo na swobodne rozgryzanie płyty daję sobie czas przez następne 12 miesięcy. Mówiłem wyżej i niżej podpisanym ziomalom, że Jean Claude Van Dâm Funk to skrzyżowanie Terminatora z Arniem z End Of Days, robocop wysłany światu anno domino 2009 na uratowanie muzyki niczym oblubienicy Antychrysta. Zacieram ręce i pytam: co dalej?

ŁK: Kurde, niewielu klawiszowców popisało się takim rozmachem odkąd Rick Wakeman wystawił "Króla Artura" na lodzie. Pewnie lepiej się tego słucha w krótszych dawkach (w wersji winylowej podzielone na pięć części), niż w kompaktowym formacie dwóch połów, ponad godzinnych połów. I niech wam do głowy nie przychodzi słuchać wszystkiego na raz! Ja właśnie przed chwilą to zrobiłem i czuje się przejedzony jak po świętach. Wysłuchanie pierwszej płyty już trwa wieczność. Bardzo dobrze się zatem składa, że każdy utwór na niej jest świetny. Futurystycznie brzmiący soul "Come On Outside" i "I Wanna Thank U (4 Steppin' Into My Life)", zimny elektro-funk "Searchin' 4 Funk's Future", psychodeliczny mastodont "Brookside Park"– wszystkie powalają. Riddick w równym stopniu szuka przyszłości funku, co spogląda w przeszłość – wciąga g-funk, Prince'a, Slave i robi z nich pastę swoimi ciężkimi klawiszami. Druga płyta odpuszcza sobie piosenki i oferuje kolejne mocne instrumentalne ciosy, maniakalnie nie chcąc się kończyć. Może nie dać się przetrawić, ale rys brak.

WS: Z początku to nawet i ja zapierałem się nogami, no bo jakże to tak w 140 minut dookoła Los Angeles. Dziś ostały mi się tylko posiniaczone kolana, a z Riddickiem nie rozstajemy się ani na krok. Cośtam Koniu nie radzi słuchać w całości, ale co on tam wie, ja robiłem to trzy razy i generalnie polecam. Kurde już samo utrzymanie poziomu listy dekady na 2,5h albumie to zajebisty wyczyn, pamiętasz kochanie drugi taki ''piosenkowy'' album? 69 Love Songs to jednak nie to samo, bo tamta płyta czasem niedomaga kompozycyjnie. Dâm-Funkowi obce są takie słabości, on przybył na ziemię by na każdym kroku rozjebywać songwritingiem. Ambasador Boogie Funku się nie cacka, tylko reza te swoje syntezatorowe plecionki, no loops, no samples. Nie potrafię wyróżnić tu highlightów, każdy utwór na Toeachizown robi mi dobrze. Gdy podróżuję z Riddickiem, wszędzie widzę twarze moich idoli, tu Prince, tam Dre, gdzieś indziej Clinton czy inny Goldie. Z kolei w drugiej części albumu, kiedy to Dam rezygnuje już z wokali ukazuje mi się niejaki Snoop, myślę sobie wtedy, że Damon na luzie mógłby zrobić temu drugiemu niejedną płytę, co więcej mógłby on też w pojedynkę wyciągnąć hip-hop z zapaści, gdyby tylko chciał. Czekam więc na rozwój wydarzeń, jedno wiem na pewno, tak to się robi teraz na zachodnim wybrzeżu. Aha, jeszcze jedno – NYC może wypałować, teraz stolicą muzyki jest LA.

Łukasz Konatowicz     Łukasz Łachecki     Wojciech Sawicki     Borys Dejnarowicz    
31 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie