RECENZJE
Dâm-Funk

Dâm-Funk
Invite The Light

2015, Stones Throw 7.2

Zobaczyłem okładkę. W oparach purpury gotowało się coś, o czym będę opowiadał wnukom latającym w znoszonych koszulkach z facjatą Bundicka. Mógłbym zakończyć temat na samym obrazku i czuć się spełniony, ale kosmiczno-bitowej magmy, która chwilę potem rozlała się po głośnikach, nie dało się niczym powstrzymać. Let’s take off, far away. Jasne, polecę. Dziś takich spotkań już nie przewiduję – o Invite The Light można powiedzieć tyle, że brzmi jak dobry DāM-FunK. Jeśli słuchaliście po drodze 7 Days Of Funk albo Higher, albumu nagranego ze Stevem Arringtonem, tym mniej was tutaj zaskoczy. Ale byłoby dużą niesprawiedliwością pominąć te cechy, które tworzą rzeczywistą konceptualną i stylistyczną odrębność: na jednym biegunie słychać mocniej tropy electro, na przykład w kojarzącym się z Drexciyą "Surveillance Escape" albo niespotykanym, basic-channelowym "O.B.E.", a na drugim można poczuć tytułowe światło w delikatnym "Floating On Air", z impresjami pożyczonymi od Computer Jaya tudzież z soundtracku do Feza. To też chyba właśnie najbardziej zróżnicowana brzmieniowo płyta Kalifornijczyka, ale mam taki problem, że te poprzednie trochę mi się zlewają. Chyba dlatego, że gość jest w dużej mierze ideologiem. Zdążył zebrać sporo zasłużonych nazwisk i młóci wciąż to, co ma dla niego jedyny sens. Jest FUNKSTEREM. Zdaje się, że gra ciągle te same patenty, ale nie zdarzyło się, przynajmniej ja na nic takiego się nie natknąłem, żeby jakiś jego numer był zły. Lubię myśleć, że to właśnie dzięki wsparciu ducha, czy jakkolwiek nie nazwać tego, czego tak wielu muzyków dzisiaj nie ma, a tak bardzo chciałoby mieć.

Dlatego można tu natrafić na "kalki". "Missing U" a "Love Is Here 2nite (I Can Feel It)", "Glyde 2nite" a Redinho (lol, chciałby mieć taki numer). W większości wałkowanie groove’u i robienie przestrzeni odbywają się według podobnego schematu, ale to nie są przecież piosenki generyczne. Nie są to też tak zwane produkcje. Nigdy nie pojmowałem Riddicka w kategoriach utylitarnych. Nawet kiedy robił album ze Snoopzillą, wierzyłem, że ma to sens głęboki, choć nie do końca mnie przekonywało muzycznie. Arca i Björk – proszę bardzo, ale ci goście robią coś z zupełnie odrębnego wymiaru. I nie ma znaczenia, że jedynym esencjonalnym albumem pozostaje na razie Toeachizown. Jeśli wgryziecie się głębiej również w tę płytę, docenicie jej pojedyncze wychylenia, po raz kolejny skumacie całkowitą odrębność tego gościa na muzycznej mapie.

Bal u ambasadora modern funku jest obecnie na takim etapie muzycznego zespolenia z poczuciem misji, że o kształcie kolejnych wydawnictw będą decydować już pewnie tylko niuanse. Ale czy nie można było takiego biegu rzeczy z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć już na Toeachizown? Z wywiadów, które w tamtym czasie czytałem, dało się odczuć, że Riddick jest zdefiniowany od początku do końca. Wie, kim jest i jaką muzykę chce robić. Tyle. Kupiliśmy go w całości, bo jak często doświadcza się dzisiaj artysty tak spójnego wizerunkowo, estetycznie i, eh, kontekstualnie? Z pełnym przekonaniem chcącego dopisać kolejny rozdział w historii gatunku, którego rozwój za sprawą takich postaci jak George Clinton czy Prince, śledził na zupełnej świadomce? Nie chodzi tu o jakieś gówniarskie inspirowanie się czy bawienie w hauntologię. Ciągłość historyczna w najczystszej postaci. 44-letni Damon to człowiek z innej epoki. I wygląda na to, że w końcu jeden z niewielu apostołów afrofuturystycznej myśli szkoleniowej we współczesnej muzyce.

Krzysztof Pytel    
29 września 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie