RECENZJE

Dâm-Funk
Adolescent Funk

2010, Stones Throw 7.5

W dzisiejszej kompilacji 14 piosenek "wczesnego Riddicka", nagranych 88-92, czyli w okresie: od młokosa aż po 21-letnie, pełnoletnie męstwo (rzut okiem na tytuł). I jest to gra warta świeczki, mówię od razu, dżemująca i w gruncie beztroska jak na szybko obcinane paznokcie. Z potrzaskiem skitranego magnetofonu Unitra i bólem fantomowym: pauza-play. Świadomość, że materiał powstał na przestrzeni lat szczenięcych Riddicka, w jego chłopackim pokoju z plakatami Iron Maiden (funk zawsze był najbliższy, o Zapp!, ale wówczas wizerunek wymagał pancerza), nadaje płycie "tętna pulsu". Petentem uskutecznienia utworów na ogólnie dostępne łono, stał się ambasador marki Stones Throw, Peanut Butter Wolf, który przetransponował je ze staromodnej pasmanterii na odpatynowany, tyle o ile, współczesny standard. W końcu porozwalane laurki można swobodnie potrzymać w dwóch palcach.

Warto, warto dla okładki! Pod patronatem domowego archiwum i okrągłego rumieńca zdjęć z bezwzględną lampą w trybie nocnym. Oczom ukazują się najczulsze sentymenty, wygrzebane z najwyższej półki pawlacza. Na tle rozbuchanego reflektora limuzyny prezentuje się perłowa hałastra, Riddick w z przyhaftkowaną dziewczyną, białe zęby, romby, szpilki i bliki na zderzaku. Ten elegans, podłoże ma jakby-studniówkowe, więc niebawem przedryfuje zapewne w stronę poliestrowych parkietów, a wtedy, to już: lepkie dłonie, rzadka krew, narwanie, kooolejki do łazienki.

Hormony buzują.

Taki smak ma cała płyta, kamuflowana spozierającą zza rogu, stonowaną dorosłością, w istocie naszprycowana jest "dwudniową", licealną erotyką z jednej i przejażdżką rowerem z Rush w słuchawkach, z drugiej strony.

"It' s My Life" wyczerpuje cierpliwość matek, pierwszego LinnDruma, i moją. Jest czymś, co działa jak fuga na ubytki w animuszu, w nawiązaniu o zbestialone "Dirty Mind". To jedyny punkt tego albumu, że wiem, nie będę się stołować. Relikt Riddickowej mutacji trolluje mi jeszcze, jeeeszcze po niechybnym przerzuceniu na plejliście.

Od "I like Your Big Azz (Girl)" euforia, wolno i systematycznie, jak wałkowane ciasto rozprzestrzenia się po całości, całując w nos niebyłe niesnaski. Nikt fruź nie zauroczy swoją depresją, Riddick kula więc swój hedonizm jak Syzyf. Pogubiona w obitych filcem hi-hatach i pościelowych warstwach, "żyję póki z głośników leje się ten balsam".

Dalej dobrze. "Nikczemniku!" Izabeli Łęckiej komentuje "I Don' t Want You", kawałek zaczynający się jak pochód Oompas-Loompas. Sample, lasery, krepiny! Już w "I Love Life" przechodzimy na ćwiczenia oddechowe, afirmację życia. Wraz z ulubionym "When I' m With You I Think Of Her", jeszcze bardziej biorę dla siebie to, co fajne i super. Szpalery z rytmicznych powtórzeń tytułu, jednocześnie rozlazłość i omskające się melodie, majstrowane syntezatorowymi kombinerkami. Riddick kwitnie na piosenkowo jak dorodne pelargonie, wykonując w tym samym czasie ćwiczenia na steperze.

Nie widzę lepszej alternatywy w tym zestawieniu w nagłej sytuacji potańcówki od "Attitude". Które tak jak prawie cała ferajna jest rozmiękłe, ale dzięki kapslom, zrasza zastałe powietrze i włącza główne światło. Jakże druzgocąco uświadamia to ogólną lowelasowość propozycji w naszym, późnonocnym koncercie życzeń. Album kończy się "I Appreciate My Life", powoli i smutkiem jednak, tak jakby ktoś z obsługi balu maturalnego wycierał właśnie ostatni stolik w pustej auli. Min. za sprawą użytego sampla z eks, nagrania automatycznej sekretarki, gdzie jest powiedziane: do widzenia, do jutra, cześć i dzięki.

Magda Janicka    
27 października 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie