RECENZJE

Daft Punk
Human After All

2005, Virgin 4.6

Jednak są ludźmi. I szkoda. Za czasów Discovery twierdzili, że są robotami i ta płyta była tak bezbłędna, że można było uwierzyć. Nie przypomina mi się, żeby gdziekolwiek się tam potknęli. Godzina czystej hedonistycznej przyjemności. Album stworzony, żeby robić dobrze, pełen piosenek, które wpadają do twojego pokoju i obrzucają cię konfetti. Poza tym świetnie całują. A jeszcze było debiutanckie Homework. Też niczego sobie. Ale jednak są ludźmi. Popełniają błędy. I za pomocą trzeciego lp celebrują niedoskonałości. Dali sobie spokój z całym połyskiem Discovery i nagrali w kilkanaście dni płytę niemal lo-fi. Uwielbiałem rozbuchany, ociekający produkcją Daft Punk. A zgrzebny Daft Punk? Jest ewidentnie słabszy. Jednak myślę, że nie w porządku byłoby oczekiwać, żeby nagrali jeszcze raz taką samą płytę. Pewnie potrzebowali Human After All.

HAA zaczyna się zupełnie w porządku. Tytułowy utwór ma hook (znajdźcie mi na to polskie słowo!), który przy starych metodach pracy (dopracowywanie swoich piosenek nie jest takie głupie, moi drodzy) mógłby zostać rozwinięty w coś potężnego. Są jeszcze dwie rzeczy, które mi się tu naprawdę podobają – słodka ballada "Make Love" i "Technologic", gdzie nowo odkryte prymitywistyczne skłonności naprawdę działają. Reszta to niestety raczej szkice. "Steam Machine" podnosi adrenalinę w intro (automat perkusyjny napierdalający jak u Suicide i syk "Steeeeeeeeeaaaaaaam maaaaaaaaachiiiiiiineeee"), ale nie zmierza już potem donikąd. Tak samo zamykający "Emotion" jest z początku bardzo ładny, jak budżetowa wersja "Motion Picture Soundtrack", ale powtarza swój jedyny motyw ad nauseum przez prawie siedem minut. Gdzie indziej dają upust swoim tandetnym metalowo-gitarowym fantazjom. W takim "Aerodynamic" była gracja, riffy w "Robot Rock", "The Brainwasher" i "Televison Rules The Nation" nie mają jakiegoś szczególnego sensu. Chyba, że sensem jest koncept nabijania się z impotencji rocka. "Television Rules..." mogłoby być parodią wszystkiego najgorszego co może się z tym gatunkiem kojarzyć – to coś jak Spinal Tap zamknięte w czterech minutach.

Płyta może być konceptualna i nawet trafna, ale słuchanie jej nie daje satysfakcji. Najgorsze jest to, że po pięciu latach od poprzedniego albumu dostajemy płytę nagraną w dwa tygodnie, której będzie się słuchało przez jeden. Mam nadzieję, że nie każą tyle czekać na poprawę formy.

Łukasz Konatowicz    
6 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja