RECENZJE

Daft Punk
Discovery

2001, Virgin 7.4

W jednym z wywiadów przeprowadzonych z grupą Daft Punk w ramach promocji ich nowej płyty, pojawiło się oczywiste pytanie o źródło tytułu wydawnictwa. Odpowiedź padła zaskakująco szybko: "Discovery? To proste! Disco! Disco! Very! Very!". Ot i cała filozofia. No więc: "One more time we're gonna celebrate / Oh yeah all right don't stop the dancing"! No, no ok, no kto z was tego nie słyszał? Idziemy się bawić do DaftClubu!

Thomas Bangalter i Guy-Manuel De Homem-Christo wydali swój debiutancki longplay Homework w 1997 roku. Porywająco świeże, minimalistyczne motywy, frapujące brzmienie i niespotykany nigdzie indziej archaiczny klimat sprawiły, że ta specyficzna odmiana techno wpisywała się w obiegowe pojęcie "french touch". Nagrania takie, jak poparty doskonałym clipem "Around The World", "Fresh", "High Fidelity" czy "Da Funk" miały w sobie coś z objawienia. Ta futurystyczna energia i to retro zarazem... Czuło się w powietrzu nadchodzącą rewolucję w świecie muzyki tanecznej. Teraz, po czterech latach, grupa powraca z nowym, eklektycznym materiałem. Czasem lirycznym, bliskim konwencjonalnego popu, a czasem wyjątkowo nowoczesnym i odkrywczym.

Paradoks, że kolejnego przełomu w tym temacie nie dokonują zdeklarowani wrogowie komercji, ambitni eksperymentatorzy pracujący z zadartymi nosami w zaciszu swoich pilnie strzeżonych laboratoriów dźwiękowych, ale wykonawcy celujący w zabawianie radośnie podrygującej publiczności. Cała ich twórczość jest zresztą przesiąknięta duchem beztroskiej rozrywki. Teledyski do Discovery obfitują w animowane obrazki rodem niczym z japońskich filmików dla małych dzieci w rodzaju Kapitana Hawka. Wszystkie układają się w naiwną historyjkę o morale godnym rysunkowych bajek przeznaczonych dla najmłodszych widzów właśnie. Przecież to bijący po oczach kicz, popowa guma do żucia! Ale nie dajcie się zwieść. Ta cała kolorowa otoczka to grubymi nićmi szyta mistyfikacja. Raz w ciągu swojej kariery (jeszcze jako rockowa formacja Darling) tandem otrzymał bolesną lekcję od muzycznego show-buisinessu; teraz postanowił z niego ironicznie zadrwić, skompromitować go, pokazać jak sztucznym i zdegenerowanym jest tworem, jakimi to absurdalnymi prawami i zasadami się kieruje.

Początek – wspomniany wcześniej "One More Time" – znają chyba wszyscy, więc nie ma co się rozpisywać. Dość, że wraz z tym, kapitalnym skądinąd utworem, zgryźliwi prześmiewcy z Daft Punk wytknęli wszystkim swoim słuchaczom ich podstawową słabość: zamiłowanie do banału, plastiku, wręcz prymitywizmu. Bo kto nie kołysał się w takt tej piosenki, co? Wszyscy się kołysali. I o to chodzi. Nagranie stało się olbrzymim przebojem, Francuzi zgarnęli kaskę i mogą sobie pogratulować: wiemy dokładnie, o co chodzi naszym klientom. Ale styl, w jakim tę operację przeprowadzili, jest zwyczajnie godny podziwu. "One More Time" płynnie przechodzi w kolejny szaleńczy atak rytmu – "Aerodynamic", podbudowany jednak, podobnie jak poprzednik, miłą melodią. Nim się spostrzeżemy, następuje "Digital Love", niezwykłe połączenie numeru do tańca i ckliwej miłosnej ballady. Co wychodzi tym kolesiom naprawdę dobrze. Wprowadzona pod koniec trzeciej minuty partia pianina elektrycznego, przywołująca miałki groove Supertramp, dodaje tej dziwacznej hybrydzie smaku, a całość kończy zakręcone solo przesterowanego syntezatora.

Podobnych, bardzo przyjemnych dla ucha kawałków, których para kochanków mogłaby wspólnie słuchać w dni wolne od obowiązków, jest tu sporo. Mamy na przykład wplecioną gdzieś w środek albumu, pastelową impresję instrumentalną "Nightvision", która, choć nie trwa nawet dwóch minut, stanowi chwilę odpoczynku od tych wszystkich parkietowych odjazdów. Natomiast "Something About Us" to już prawdziwa pościelówka, ociekająca landrynkowym lukrem. Spokojny, miarowy puls, delikatny motyw przewodni, bezbłędna aranżacja z niebiańskimi wokalami w stylu: "I need you more than anything in my life", atmosfera miodowego miesiąca, mówię wam. O dziwo, robi to świetne wrażenie, głównie ze względu na znakomitą popowość i krystaliczną produkcję: te dźwięki są wręcz widzialne! Ale, prawdę mówiąc, słodkie, chwytliwe fragmenty nie są tym, co decyduje o sile Discovery. Są tylko przykrywką dla tego, co na płycie najważniejsze: porażających swoim kunsztem i precyzją utworów tanecznych.

Ktoś trafnie nazwał te zwariowane numery fuzją disco i rocka progresywnego. Mariaż szaleńczych, powyginanych podkładów rytmicznych i mechanicznie przetworzonych partii wokalnych okazuje się możliwy do strawienia dzięki zbawiennym odcieniom lat osiemdziesiątych. Panowie mają zamiłowanie do muzyki rozrywkowej tego okresu i wykorzystują jej patenty z wielką klasą. Weźmy taki "Harder, Better, Faster, Stronger". Rozpoczyna się prozaicznym, jednostajnym pasażem, by po minucie przerodzić się w dziwaczną pieśń dyskotekową, przy czym głos jest zniekształcony. Ale gdy panowie zaczynają wykorzystywać wokal jako kolejny instrument, wtedy robi się z tego niezły kocioł. Specjalny efekt pozwala niemal "grać" na głosie; szczyt osiągają pod koniec, gdy bardziej brzmi to jak solo na keyboardzie z soundtracku do Piłkarskiego Pokera, niż śpiew. "Crescendolls" i "High Life" zachwycają sprytnie dobranymi samplami, "Short Circuit" przynosi kolejną porcję zakręconych beatów. "Face To Face" otwiera prosty rytm na dwa, a później mamy zabawę harmonią, fascynującą mozaikę dźwięków, misternie spleciony kolaż. W środku zmienia się to na kilka chwil w funkującą piosenkę, ale zapętlony refren, zwieńczony jeszcze odległą partią fletu, powraca ponownie. Natomiast "Voyager" to po prostu kwintesencja artystycznego disco, jeśli mogę się tak wyrazić. I w sumie zastanawiam się, czy to jest na pewno muzyka na parkiet, czy może do słuchania na słuchawkach w domu.

Oczywiście, nie ma tak dobrze, że nie ma się do czego przyczepić. Myślę, że lepiej by się stało, gdyby ta płyta trwała krócej: zamiast godziny, na przykład ze czterdzieści minut. No, ale cztery lata czekania... Tak, czy owak, jest tu parę zdecydowanie słabszych utworów. Choćby za bardzo narzucający się "Superheroes". Albo zbyt rozwlekły, nijaki "Verdis Quo". Nudzić może również nieco przydługi, zamykający Discovery, niemal epicki (wyobrażacie sobie: taneczny epik) utwór "Too Long", w którym, tak jak w "One More Time", udziela się wokalnie niejaki Romanthony, czyli Anthony Moore. Ale mimo to, kpiarski kicz dwóch Francuzów robi bardzo pozytywne wrażenie. Szykuje się taneczny album roku. Chyba, że odezwą się Chemical Brothers, a jeśli chcą zachować cykl dwuletni, to już najwyższa pora.

Borys Dejnarowicz    
21 sierpnia 2001
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja