RECENZJE

Daft Punk
Daft Club

2003, Virgin 2.0

Od paru tygodni czuję się jak młody MC i gdybym zasnął, mógłbym się nigdy nie obudzić. To efekt drastycznego powrotu do trybu roku akademickiego i generalnie post-wakacyjnej spinki. Standardowo, mam dwa razy mniej dysponowanego czasu, niż rzeczy do zrobienia; mam milion sytuacji do prędkiego, nagłego przeanalizowania; mam tysiąc informacji w głowie i na te ilości obciążające organizm reaguję specyficznym rodzajem zmęczenia, który charakteryzuje tępy "w górę serca wielki cis" (yhm, ona naprawdę tak zaskandowała, choć to z pozoru niewiarygodne). W sumie więc sypiam po trzy godziny na dobę, czego rezultatem są: objawy niekontrolowanych skoków paraliżującej insomnii, alarmujące zwolnienie tempa bicia serca, przekrwione białka oczu (efekt "Zombie") i ogólne poczucie balansowania na barierze zdrowej odnowy biologicznej w cyklu dobowym. A najlepsze, że wszystko to razem owocuje koszmarnymi, absurdalnymi w swoim rozchwianiu psychicznym marzeniami sennymi. Dzień wcześniej kładłem się tuż po trzeciej nad ranem i po chwili fizycznego odrętwienia, kościościsku, zapadłem w głęboką, hipnotyczną śpiączkę.

Teleportowałem się przed wrota ekskluzywnego europejskiego hotelu, mekki snobów hedonistów, zakochanych w disco revivalu. W zasadzie był to ogromny budynek spełniający rolę wyfiokowanej tańcbudy. Od wewnątrz bił stłumiony, miarowy rytm techno. Zaczynała się noc ekstremalnych wrażeń. Do środka wpuszczano tylko za okazaniem specjalnej, numerowanej odblaskowej karty z czerwonym napisem "Daft Club" na czarnym tle. Identyczną otrzymałem w egzemplarzu Discovery francuskiego duetu Daft Punk w 2001 roku przy premierze albumu. Taka selekcja na bramce sugerowała dobór publiki: faworyzowano fanów Discovery, znających zawartość płyty na wylot. "Bo tu szykuje się mega-impreza remixerów, interpretujących materiał na nowo", pouczyła mnie hostessa w srebrnym, kąpielowym kostiumie. Super, wchodzę. Daft Punk debiutując upgrade'owali niestrudzony house Motorbassa, ustawiając poprzeczkę dla epigonów gatunku, ale sofomorem wyznaczyli unikatową jakość retro-kicz-popu, zalewając morzem melodycznej słodkości. Wyciągnąłem z kieszeni rzeczoną przepustkę i zanurkowałem w ekscytujący świat metaliczno-kosmicznych wystrojów oraz migających kolorowych świateł.

Potężny kompleks kilku rozległych sal tanecznych przygniatał ogromem, a koktajl światowych gwiazd muzyki klubowej, przemykających co krok z zagadkowymi uśmiechami, podniecał licznych zebranych czytelników "Jockey Slut" i "Mixmag". Tłum składał się z freaków różniastej maści, preferujących raczej image rozrywkowych androidów tudzież postaci kreskówek Mangi z clipów grupy. Dominowały barwne atłasowe szale i komiczne maski robotów. Laski o włosach ufarbowanych na niebiesko i pomarańczowo udawały Wenusjanki w zapiętych po szyję, obcisłych kombinezonach obronnych, filtrując przenikliwym, jasno-błękitnym spojrzeniem, zupełnie jak jedna z moich koleżanek ze studiów. Istny bal przebierańców! Kątem oka dojrzałem paczkę kilkunastu pseudo-hipsterskich, naspeedowanych ilxorowców, wrzeszczących doniosłym, kolektywnym fałszem w kółku graniastym: "Oooone mooore tiiime! We're gonna celebrate! Oh yeah, oh right, don't stop the dancin'!". Nagle zgasły reflektory i wyciszono sączony w tle background. WTF is goin' on here? Och, startujemy. I choć obserwowana parada rozmijała się z moimi prywatnymi gustami odnośnie spędzania wolnego wieczoru, z ciekawości postanowiłem zostać. Tym ciężej odmówić, gdy piękna Wenusjanka zagaduje: "Chyba nie zamierzasz teraz wychodzić, hmm?".

Nie, skąd. Zgrzytliwy sygnał łączenia modemem z siecią wprowadził uwerturę. Chwilę potem sami mistrzowie ceremonii wyszli za gałki i odegrali nałożone ścieżki z "Aerodynamic" i wokale z "One More Time". Hala, której zatłoczone rejony od strony frontu zajmowaliśmy, zamieniła się w szaleńczy wulkan tanecznej eksplozji. Neptunes wkroczyli wkrótce i stylowo kompletnie zdekonstruowali cudowny hit "Harder, Better, Faster, Stronger", nadając mu posmak tajemniczości, przyciemnionego erotyzmu i lekkiej schizki. Mieszane uczucia targały mną w tym momencie. Żałowałem gwałtu na tym wybornym kawałku, ale jakoś r&b świeżej linii śpiewu działało skutecznie. Mnóstwa spośród zapowiadanych obsługiwaczy konsolety nie kojarzyłem. Ale z radością powitałem Basement Jaxx, prezentujących swoją wersję "Phoenix" (jedyny w secie punkt z Homework), by w ciągu paru minut zgubić tę radość, wobec nudnej, mrocznej epopei bitów, z kulejącymi klawiszami a la Herbert w bridge'ach. Cecha wspólna zmienionych wersji to odkontekstowanie pierwotnych zamierzeń autorów i bazowanie na ich osiągnięciach w jałowy, schematyczny sposób. Lecz stały puls, regularne repetycje, atrakcyjne operacje edycyjne na doskonale rozpoznawalnych piosenkach i plejada gwiazd przy adapterach zapewniały przednią zabawę.

"Mają to zamiar wydać na CD, y'know", krzyknął mi prosto w prawe ucho rozentuzjazmowany, i ostro już nawalony Angol w przepoconym, wysadzanym cekinami t-shircie. "Cóż, idea edycji krążka z zapisem tego zwariowanego party... Oponowałbym. Pomysł nie wypali", rozmyślałem głośno, gdy na scenie pojawił się Romanthony i zaczął wykonywać unplugged "One More Time" w denerwującej, Prince'owej manierze. "Bo ludzie, potem, odtwarzając sobie dysk w okolicznościach nie-balangowych, zupełnie nie załapią ulotnej, intuicyjnej atmosfery klubowego transu, sklejonych ciuchów na ciele, namacalnego w powietrzu seksapilu. Z drugiej strony, hm. Może to ja – nigdy nie jarałem się klimatami didżejskimi, że niby Paul Oakenfold etc. Dla mnie zawsze liczyła się jakość kompozycyjna. Paradoksalnie, najlepszymi fragmentami takiej kompilacji byłyby ucinki oryginalnych, źródłowych tracków. Materiałowo, Daft Club korzystałoby z hojności dzieła studyjnego. Przeznaczenie takiego monotonnego, bladego miksu kończyłoby się na parkiecie, stąd...". Wspomniana wyżej Wenusjanka, imieniem Eve, zatkała mi palcem usta i objęła mnie wpół przy finałowym, romantycznym skrócie z "Something About Us".

Wtem obudziłem się z mocno ołowianym łbem i palącym pragnieniem. Wstałem i skoczyłem po szklankę zimnego soku z grejfrutów rubinowych, dla orzeźwienia. Rzeczywistość wróciła do normy: na półce stało Discovery, w każdej chwili do odtworzenia; nigdy nie posiadałem w kolekcji żadnego zapisu z hucznego Daft Club. No problemo. Jest wpół do ósmej i lepiej wskakuj pod prysznic, człowieku, bo znów się spóźnisz na zajęcia.

Borys Dejnarowicz    
13 października 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja