RECENZJE

Daedelus
Exquisite Corpse

2005, Mush 5.9

Daedelus goes hip-hop? Nawet jeśli, to nie da się tą naklejką w pełni zdefiniować trzeciego krążka amerykańskiego lorda. Exquisite Corpse to nieustające przerzucanie się samplami, takie sample-fight w filmowo-hip-hopowym kisielu. Alfred Weisberg-Roberts skupił się już w stopniu całkowitym na tworzeniu wariacji o feelingu. Feeling mamy tu zatem równie wesoły jak ten Kid Koalowy, Kid Koalniany, ale mniej poszarpany, w swoim chill oucie jednak bardziej stonowany niż nieopanowany. W końcu trudno nazwać kilkudziesięcioletnie obrazy "dużego ekranu" szaleńczymi – a to je znów najczęściej cytuje Daedelus. Nie ma wątpliwości, że ów mag z antykwariatu, trzymając swoją kolekcję winyli-soundtracków z lat trzydziestych pod pachą, z każdą kolejną płytą dryfuje coraz bardziej w kosmos. Na Invention rozróżnialny był każdy track, na Of Snowdonia połowa. Wraz z nowym krążkiem nasz przyjaciel powoli przestaje operować językiem utworów. Stąd tu i ówdzie robi się z tego RJD2-Prefuse'owo-alike plumkanie. Wprawdzie obecność tuzów raperki pokroju MF Dooma, Prefuse 73 właśnie czy Mike'a Ladda leży na pomysłach Daedelusa jak ulał. (Szczególnie na myśli mam Dooma, no ale znając go pod postacią King Geedorah, trudno się sukcesowi fuzji z Weisbergiem-Robertsem dziwić). Z drugiej strony niestety gwiazdy nie czynią z udanych symbioz choćby jednego pół-killera, których mnogość do dziś tak przyciąga do arcyfajnego Invention. Oj, Alfredzie. A, byłbym zapomniał – Laura Darling remains loved.

Jędrzej Michalak    
8 września 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie