RECENZJE

Cut Copy
Zonoscope

2011, Modular 4.6

MHJ: "Where I'm Going", zapowiadające Zonoscope, nie dało powodów do wzruszeń, z nieoczekiwanym gitarowym szwungiem i zakrzykami jak oklepywanie krztusielca. Do czego doszłam w komforcie zrzeczenia się oczekiwań (których nie było) to, że ( tak lepiej) utwory powracają kondens Cutcopy, bez reprezentacji w zwiastunie. Fircyki, zwieńczające swoje frazki "uuuuuuu-u", przyjemne miniaturowe melodie, naprężone synthy, powrócił topornawy ( i nadużywający tutaj sobie) dance-punk. Pierwsza szufla płyty ma lekką przewagę nad drugą p/k "rozrywkowości", jest tu ochocze "Take Me Over", pijące do "Everywhere" Fleetwood Mac, jest też rozogniony wiarołomca "Pharaohs & Pyramids" (o równo przystrzyżonych baczkach, dla niepoznaki), ciągający za sobą elementarne, naiwne nuty. "Blink And I' ll Miss A Revolution", choć pierwszym rzutem na taśmę wybiera ulęgałę Jamesa Murphy' ego, to (mu na dobre) rozwija się ostatecznie w motorową przejażdżkę jak z "A New Chance" The Tough Alliance, z najlepszym falsetem na płycie: "Baby, baby, can't you see?". Klamrzychem albumu jest 15-minutowiec, mieszczący kilka broszurowych spraw, spojonych gramolną oprawą, wciągany przez topiel Spacemen 3 – ofiara łatwego skipu. Na płycie bardziej cieszą mnie pojedyncze ingredienty, niż kompozycje w całości. Obskury pojawiają się pasmowo z poletkami subtelnej oksytocyny, taka labilność wytrąca mnie z kolejki. Będzie jeszcze okazja.

MH: Australijczycy wymyślili sobie, że pójdą w stronę bongosów, cowbella i wszelakiej maści zabawek do wybijania rytmu. Prawdopodobnie już na tym etapie się pogrzebali. Oczywiście, można było oczekiwać, że autorzy bądź co bądź solidnego i rozimprezowanego In Ghost Colours świadomie korygują kurs i ufni w swoje talenty zabierają nas na te Karaiby. Ostatecznie przed naszymi oczyma rozpostarły się ichnie potiomkinowskie chaty. Ani przez moment nie poczułem smaku mleka kokosowego. W praktyce ekspozycja wszelkich perkusionaliów podziała jak gorset, krępujący w zalążku przebłyski nadziei na rozwój którejkolwiek z trzech pierwszych kompozycji na Zonoscope pomieszczonych. Pozostałe tracki już nawet nie próbują się wyrywać. Zbyt często dojmuje wrażenie źle poprowadzonej melodii i siermiężności rytmicznej (pomimo bogactwa brzmieniowego), co zaważyło na generalnej monotonii niniejszego wydawnictwa. Właściwie chciałbym w pełni pozytywnie wypowiedzieć się jedynie o "Take Me Over" – świetny groove, ale jest to groove jako żywo wyjęty z radiowego szlagieru "Down Under" Men At Work. Ech...

KFB : Po bluźnierczo zerżniętym "Take Me Over" nie sądziłem, że w ogóle zmuszę się do przesłuchania najnowszego albumu Cut Copy, a tu proszę, o dziwo nie ma tragedii. Całość brzmi miejscami jak uboższa wersja ostatniej płyty Teengirl Fantasy, bo o ile tam imponowała różnorodność stylistyczna poszczególnych numerów, tak na Zonoscope Australijczycy są w swoich próbach konsekwentni aż do porzygania. Pierwsza połowa albumu to w większości skoczne, sympatyczne pioseneczki, do których praktycznie w ogóle nie chce się wracać. Jednym z wyjątków jest leciusieńkie "Where I'm Going", ale to jedyny singiel z tego wydawnictwa, o którym mogę napisać coś miłego. A poza tym to podpisuję się pod wypowiedzią redaktor Magdy z odniesieniami w kierunku Murphy'ego, bardzo słuszna uwaga. Koniec końców Zonoscope jako całość dupy nie urywa, ale jak nie macie co zrobić z życiem, to sobie posłuchajcie.

RG: Muzyka powinna we mnie uderzać niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza: tak, że mi się przed głową malują ludzie z trąbami zamiast oczu, Pan Jones pojawia się w konspiracji na każdym zdjęciu i ludzie w powykrzywianych maskach kręcące dziwne filmy. Powinna też w innej opcji po prostu stymulować prostotą wymieszaną z melodią, że się cieszę i uśmiecham i tak dalej. Mógłbym dalej kiczowato ciągnąć tę checkpointową listę, ale tu rozchodzi się generalnie o ideę, że tych życzeń i oczekiwań jest naprawdę dużo, zahaczają one o prostacką chęć poczucia WYSOKAKULTURAZNAMSIĘ i jakiegoś snobizmu, lecą przez czystą ciekawość zakumania jak największej ilości estetyk i kończą się na Dniach Wiatru. Słuchałem ostatnio fragmentów nowego The Decemberists i nawet oni się jakoś załapali w pulę tych oczekiwań. Cut Copy ze swoim Zonoscope nawet nie zbliża się do żadnego z punktów: siedzę, wyobrażona na tę chwilę lista nie ma nic odhaczonego i wspominam sobie czasy, kiedy z Eddie Vedderem na avatarze jako dwunastolatek walczyłem wśród innych dwunastolatków o lepszą muzykę. Używałem wtedy sloganowego argumentu, że muzyka, której wtedy nie lubiłem, to "produkt". Zonoscope to w tej chwili dla mnie taki właśnie "produkt", z podejrzeniem plagiatu o każdy motywik, bez żadnej treści i spełniający własną checklistę jak brzmieć, żeby było okej. Piętnastominutowy "Sun God" na koniec to wręcz test ile niczego można włożyć w kwadrans.

Magda Janicka     Kacper Bartosiak     Michał Hantke     Ryszard Gawroński    
13 lutego 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie