RECENZJE

Cut Copy
In Ghost Colours

2008, Modular 6.7

Nieco inaczej to sobie zaplanowałem. W ubiegłym roku pochodzący z Australii zespół Cut Copy zaprezentował singiel mający promować ich drugi album. Utwór nosił tytuł "Hearts On Fire", trwał prawie sześć minut i jak wiadomo, zgarnął miejsca w czołówce na wielu listach rocznych. W porównaniu do materiału z pierwszej płyty Australijczyków, prezentował wyczerpującą konkretność i wszelkie cechy popowego dancefloor killera oraz co najmniej stwarzał pozory by sądzić, że gatunek zwany potocznie "indie-dancem" przestanie być w końcu tylko modniastym, niezbyt wartościowym i raczej terminologicznie pustym pojęciem i ma pełne predyspozycje, by porwać tańczące tłumy. Założyłem wtedy, że nadchodzący album zaprezentuje kolekcję progresywnych tanecznych wymiataczy, pożegna się z tą głęboką tkwiącą w każdym prawdziwym artyście potrzebą wzięcia gitary w łapę i z siłą rakiety wystrzeli zarówno zatwardziałych rockowców, jak i modne dzieci zachwycające się Justice i Uffie na środek wielkiego rozświetlonego parkietu, gdzie wszyscy złapią się za ręce i z rozpalonymi sercami zaśpiewają, że jest dziś w powietrzu takie uczucie, że można by zmienić wszystko. Ale – jak można było się przecież spodziewać – nie po raz pierwszy moje wciąż nieco naiwne nastoletnie serce spotkało się z brutalną prawdą. Po raz kolejny świat okazał się zimnym i niefajnym miejscem, a ja znowu pomyślałem, że czas już dorosnąć.

Oczywiście pora odrzucić wszystkie swoje nadzieje i oczekiwania (których nie było znowu tak wiele, ale wypadało mniej lub bardziej zgrabnie zacząć) i przyznać – tak, to jest dobra płyta i na całe szczęście nie jest to płyta rockowa. Dan, Tim i Mitchell obdarowali nas kilkoma porządnymi popowymi kompozycjami, z których jasno wylewa się zamiłowanie do nowej fali, 80'sowego popu, Human League, New Order itd itp, oczywiście przebrzmiałego dance-punku, no i tradycji klasycznej formy piosenki w ogóle. Weźmy otwierające płytę cudownie wiosenne "Feel The Love" z tymi wszystkimi uroczymi "uuuu" (to zawsze działa), natchnionymi klawiszami i jakby pobrzmiewającymi echami Skylarking. Albo nieco niedoceniony przez Tomka "Lights And Music", zbudowany na bardzo prostych, ale całkiem trafnych hookach, spełniający też częściowo moje marzenia o płycie tanecznej – najpierw prowadzony na miłej linii basu, podciągnięty handclapami, by ostatecznie osiągnąć swój kulminacyjny punkt wraz z italo synthami i wieńczącą go głęboką linią basu. Weźmy pełen słonecznej energii "Unforgettable Season", jedną z tych piosenek, które świetnie brzmią, gdy jedziesz sobie na urlop w środku lata po kilkudziesięciometrowym fragmencie świeżo wyremontowanej krajówki i czujesz się zajebisty. Czy może rozmarzony "Strangers In The Wind", spokojnie wiedziony cudownym syntezatorem ("Darkness" Human League, hmh?), rewelacyjnie ożywiony wejściem basu gdzieś na wysokości drugiej minuty. "So Haunted" – czy te "zbyt gitarowe" zwrotki, nie przypominają nikomu cudów, jakie na swoim albumie z 2003 roku wyprawiał pewien zespół o nazwie Je Suis France? "Far Away" ze słodko zharmonizowanymi wokalami i cudownie cukierkowym refrenem – Papa Dance?

Nawet jeżeli w trakcie słuchania tych numerów często przez głowę przemykają mi ulotne myśli i pytania, gdzie już to słyszałem, to i tak są one perfekcyjnie skomponowanymi popowymi piosenkami, które niestety nieco dają się łapać w pułapkę, jaką tworząc tak świetny utwór jak "Hearts On Fire", sami Australijczycy sobie zbudowali. Rzeczywiście, mi album samoistnie dzieli się na dwie części – na tę, która jest przed "Hearts" i na tę, która jest po nim. Pierwsza nieco się ciągnie w oczekiwaniu, drugiej urok zostaje jakby przyćmiony. Nadejdzie jednak moment – myślę, że może się stać to wtedy, gdy kwiatki rozkwitną na dobre, a słońce będzie świecić nieco dłużej i częściej – w którym te kompozycje zaświecą pełnym blaskiem, bo to zwyczajnie bardzo letnio-wiosenna płyta. A, nim zapomnę, niech mi panowie z Cut Copy jeszcze wytłumaczą, na co nam te wszystkie minutowe i półminutowe przerwy? Raczej wybijają z klimatu, aniżeli go tworzą (ok, "Voices in Quartz" jako przeście między dwoma kluczowymi dla płyty klimatami jest niezły, ale reszta? W sensie, ile można słuchać jednej płyty?). Niemniej jednak świat wygląda, jak wyglądał, muzycy dalej dzierżą swe gitary, In Ghost Colours nie jest tegorocznym Pretend Not To Love, a na popową rewolucję jeszcze trzeba będzie poczekać kolejne 5, 10, 20 czy 50 lat. Przynajmniej wciąż jest na co.

Kamil Babacz    
21 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie