RECENZJE

Custom Blue
All Follow Everyone

2002, Universal 5.2

Bardzo trafny tytuł nadali swojemu debiutowi członkowie londyńskiego duetu Custom Blue. Wszyscy Podążają Za Wszystkimi ma być zdaje się wytłumaczeniem ich niecnego występku. Jakiego występku? Otóż Alex Pilkington i Simon Shippey jak widać znają na pamięć co najmniej kilka dobrych płyt. Na próbach umiejętnie zszyli co lepsze dźwiękowe pomysły z tych albumów, dodali po ziarenku od siebie i chytrze ubrali w ten ciuch melodię. Potem wynajęli studio i nagrali krążek, któremu nadano miano nowatorskiego i odkrywczego.

To w skrócie schemat działania Custom Blue. Skąd o tym wiem? Czyżby Porcys miał gdzieś w dalekiej Anglii wtyki? Nie, wcale nie są tu one potrzebne. Wystarczy po prostu dokładnie wsłuchać się w All Follow Everyone. Znając źródła, z którego ci kolesie czerpią szerokimi strumieniami, nietrudno było tę całą maskaradę rozszyfrować.

Jak wspominałem, w każdej prawie piosence zespół dodaje coś od siebie, coś nie przekalkowanego. I który fragment danego utworu jest właśnie tą szczyptą oryginalności, wyłapać można bardzo łatwo, z prostej przyczyny: te sprawiające wrażenie wymuszonych sekundy zawsze stanowią najsłabszy punkt utworu. Najczęściej są to przejścia w coś zupełnie nie pasującego do całej kompozycji, jak choćby rozlazłe smyki w "Structure", czy też ta nieudolna elektronika z "So Long Summer". Na szczęście chłopaki nigdy nie zabawiają się własnymi pomysłami zbyt długo, szybko powracając do cudzych. Myślisz wtedy: "O, znów taki fajny moment!".

No dobra, ale mimo wszystko postawiłem 5.2. Za co? Za rzemiosło i melodie. Custom Blue połączyło na przykład The Verve z na przykład Gomezem tak udanie, że łatwo odnieść wrażenie świeżości i oryginalności. Ściąganie od sąsiada z ławki jest tak zamaskowane, że rzeczywiście można się dać złapać. Muszę też przyznać, że kilka melodii (które jeśli już kogoś naśladują, to raczej tylko... siebie, o czym za chwilę) z All Follow Everyone jest naprawdę przyjemnych. Ale nawet dla nich nie ryzykowałbym spaceru z discmanem załadowanym tą właśnie płytą.

Wszystko dlatego, że album szybko nuży. Bo koledzy z Custom Blue znają chyba za mało dobrych krążków, by "skomponować" coś naprawdę urozmaiconego. Pod koniec płyty podobieństwa denerwują do tego stopnia, że po wysłuchaniu trzeciego od końca i chyba najlepszego na albumie "Breathe", wkładasz do odtwarzacza co innego. Naprawdę ciężko jest wytrzymać, gdy słyszysz, że zespół tak się w kopiowaniu zatraca, że zrzyna z samego siebie... Do początku refrenu "One More Time" machinalnie bowiem dośpiewywuje się w głowie końcówkę tego z "Breathe". I na odwrót. Czy oni mają nas za idiotów?

Chyba tak. I chyba nawet zresztą słusznie, bo zdecydowana większość odbiorców naiwnie łyknęła haczyk. Ja nie.

Jędrzej Michalak    
28 sierpnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie