RECENZJE

Cults
Cults

2011, In the Name Of 4.2

PM: Cults to Peter, Bjorn And John dwa tysiące jedenastego, take it or leave it. Indie-popowa grupka z gatunku tych, którym ciągle wydaje się, że oczywista resuscytacja nastoletniego grania z lat sześćdziesiątych przyniesie im poklask i uznanie – i które ciągle mają rację. Nie z nami jednak te numery. Jakkolwiek aktualizuje zespół formułę w oparciu o najnowsze brzmieniowe trendy, do dyskursu współczesnej muzyki nie wnosi to absolutnie nic (małe kryterium jakości), a ich melodie nie są nawet "fun" (duże kryterium jakości). Płyta przypomina mi debiut Best Coast obdarty z pazura, czyli na dobra sprawę elementu, który wynosił tamten album ponad przeciętność. Wiele hałasu o nic.

MR: Grudzień 1962, na listach przebojów pojawia się "Please Mr Postman" Marvelettes i jest pozamiatane, to było coś. I choć lata sześćdziesiąte to muzyczna dekada, którą lubię i cenię, kariera dziewczęcego popu tamtych lat przypada na czasy domówek w zapadłym liceum czy zamierzchłym gimnazjum.

Niby krążek Cults jest doprawiony syntezatorami, gitarami, łagodnymi samplami, ale dlaczego nadal tak mało spersonalizowali swoją wizję? Dlaczego to, co grają jest na wskroś jednoznaczne, jawne, proste? Nie ma żadnej zagadki = nie ma frajdy z jej rozwiązywania.

"Abducted" jest może i chwytliwe, "Go Outside" – nośne, a "You Know What I Mean" zapożycza melodię od the Supremes. Stylizacja na sześćdziesiątki jest spójna, ale daleka od poziomu Twin Shadow, gdy ten dokonywał przemytu pierwiastka lat osiemdziesiątych na płycie Forget. Produkcja rzetelna, ale zbyt ewidentna.

MH: Czym są Cults? Są wydmuszką. Są nachalnością odniesień do dziewczęcego popu lat 60-tych – że Supremes, Shangri-Las, Marvelettes. Mają tymczasem poważny problem – nie są nazbyt wyraźni i nie oferują wiele od siebie. Następujące po sobie utwory są tak niewydarzone, iż nie zapamiętałem żadnego pojedynczego motywu z któregokolwiek. Pamiętam za to zalewające wszystko irytujące brzmienie (za mało dołu), nadmiar stylizacji i przesłodzony wokal. Brrrr.

RG: Cults to strasznie łatwy cel do ocenienia, bo z miejsca zespół wbija się w kategorię brzmieniową wcześniej już mocarnie wymęczoną przez innych artystów. Problemem jest fakt, że za nic nie chcą słuchaczowi rzucić jakiegoś haczyka czy plot twista w środku utworu by się wybić, zamieszać i krzyknąć "hej, wcale tak nie jest! ". W głowie pojawiają się za to zawołania "your generic indie pop record" i nie ma jak ruszyć z tego punktu, bo wszystko jest już wyjaśnione i określone prawie na starcie.

Wiecie co byłoby cool? Żeby zamiast Petera, Bjorna And Johna dwa tysiące jedenastego pojawiły się tegoroczne Pipettes!

Monika Riegel     Patryk Mrozek     Michał Hantke     Ryszard Gawroński    
18 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy