RECENZJE

CSS
Cansei De Ser Sexy

2006, Sub Pop 5.7

Wedle materiału promocyjnego nazwa zespołu oznacza "tired of being sexy", co z kolei – jak nas poucza elementarna znajomość języka angielskiego – oznacza, że osoba wypowiadająca te słowa ma o sobie dosyć wysokie mniemanie. Nawiasem mówiąc cytat pochodzi z Beyoncé, która ma do niego pełne prawo. W przypadku bandy Brazylijek o mocno gówniarskiej urodzie (i z wąsatym Adriano w tle), tekst nie jest już adekwatny. Co nie przeszkodziło zespołowi pozwolić sobie na średniej klasy prowokację i zatytułować otwieracz "CSS Suxxx" i wielokrotnie frazę skandować. Abstrahując od przekazu opener niszczy i, jeśli taki ładunek energii, hookowatości i kontrolowanego hałasu udałoby się zachować na całej płycie, byłaby ona tym, czym Echoes dla roku 2003. Jest tym, czym Gotham! dla roku 2002.

Brudne kolana się mimowolnie wizualizują, wraz ze wszystkimi prostymi odnogami myślowymi od nich idącymi. Zdjęcie na okładce i inne z sieci silnie z tym skojarzeniem korespondują. Dziewczyny wyglądają na szesnaście lat i w tym typie grają. Brakuje tylko teledysku, w którym przerysowane uczennice w spódnicach w kratkę wybiegają po zajęciach na podwórko i dają set dla pryszczatych niedojrzalców, a na końcu zbiera się komitet ds. obrony moralności i pakuje je do brudnej suki – tako stanowi obowiązująca martyrologia. Najbardziej dziecinnym i jedynym momentem skipowanym jest, kontrastujące z siłą openera, "Patins", gdzie mamy mniej disco, więcej punk, tyle, że w tym punk najwięcej mamy pop. Mimo pozorów, panie są chyba trochę starsze, skoro początki zespołu datuje się na cztery lata wstecz.

Wspomniany materiał promocyjny informuje nas także, że teksty niejakiej Lovefoxxx (?) są bezwstydne i odważne. Mamy tutaj do czynienia z pewnym nadużyciem. Na potwierdzenie fragment poezji z "Meeting [znowu, znowu, znowu] Paris Hilton": "I went to the beach / The beach was so hot / She came to me and said / Do you like the beach, bitch?". Tak sympatycznie rozpoczęty dialog przechodzi w rozmaite propozycje aktywnego wypoczynku, aż do szczęśliwego rozstrzygnięcia w postaci akceptacji: "The bitch said yeah / The bitch said yeah / The bitch said yeah, yeah, yeah, yeah, yeah". Tego klimatu dominujące na krążku frazy, tworzą dosyć spójny program na życie, którego mój konserwatywny, środkowo-europejski umysł nie jest w stanie przyswoić. Aż chce się – z czystej złośliwości – pojechać po ocenie.

Chce się, ale się nie pojedzie, bo muzyka do takich posunięć nie upoważnia. Zbliżony do klasycznego dance-punk (heh, to dance-punk już może być klasyczny, albo ja nadużywam semantycznie) z rewelacyjnym wyczuciem rytmu. Ogromny plus za umiejętne wplatanie syntezatorów. Owszem, trywialna muza w dużej mierze, bardzo produktowa i komercyjna – rzut oka na tracklistę i wiemy jak głęboko tkwi płyta w popkulturze – ale szczególnie ten fakt nie uwiera. Poziomu Rapture nigdy nie osiągną, zwłaszcza, że bliżej im do transowości !!! (którymi także się nie staną). Ale trzy minuty sławy będą sobie mogły w cefałkę wkleić. Adriano zresztą też.

Filip Kekusz    
30 października 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja