RECENZJE

Crystal Castles
Crystal Castles

2010, Fiction 4.2

KFB: Nie wiem jak dokładnie wyglądają ostatnie statystyki czytelnictwa Porcys i co za tym idzie nie mam pojęcia ile z odwiedzających nasz portal osób zalicza się do grona tak zwanej "niegrzecznej electro młodzieży", ale są szanse, że takich postaci może być kilka – po tej recce powinno ich być trochę mniej, bo pora wreszcie rozwiać wszelkie wątpliwości w temacie Crystal Castles. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że debiut CC nie doczekał się wzmianki na Porc, a trochę szkoda, bo pomimo wątpliwej jakości tego materiału to jest to jednak dosyć ważna płyta ze względu na kontekst srocjologiczny – pokolenie dzieci openera, imprezy electro, itd, sami wiecie, było tego trochę. Muzycznie to nie ma się tam nad czym rozwodzić – prymitywne, prostackie electro, miejscami z przebłyskami jakiejś głębszej myśli, ale nie przesadzajmy. OK, "Alice Practice" było spoko, "Untrust Us" też, ale próby "bawienia się" w MBV w ostatnim tracku na płycie = jedno z największych nieporozumień dekady. Ich najnowszy self titled to propozycja mniej więcej z tego samego przedziału jakościowego, jednak stylistycznie możemy chyba mówić o pewnej wolcie, z tym że w szerszej perspektywie jawi się ona jako coś wręcz naturalnego i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że wiąże się po prostu z dojrzewaniem i z poszerzaniem muzycznych horyzontów. Teraz Alice i Ethan idą w mroczniejsze, bardziej świadome, nie-do-końca electro, któremu konotacji można szukać w wielu przedziwnych na pozór miejscach. Reznor? Możliwe. Aphex? No raczej. Chwilami jakieś M83 ("Suffocation") czy Boards Of Canada też, jak najbardziej.

Dość pan z tym namecheckowaniem już, przejdźmy do meritum. W "dzisiejszej" muzyce CC słychać zdecydowanie mniej gówniarstwa i prymitywnych zabaw, co wypada pochwalić, niemniej nie przykrywa to pewnego bolesnego faktu - mianowicie te kompozycje po prostu nie stoją na odpowiednio wysokim poziomie aby zapamiętać je na dłużej niż kilka minut. Kierunek, w którym Crystal Castles zdają się zmierzać, jawi się jako słuszny i godny pochwały, ale nijak nie przekłada się to na jakość piosenek na tym albumie, bo jednak w dziedzinie songwritingu ciągle mają trochę mleka pod nosem. Ethan Kath to niewątpliwie zdolny typ o wszechstronnym guście, który szybko robi postępy, ale wciąż zdarzają mu się cokolwiek kontrowersyjne (to say the least) pomysły. Oparcie kompozycji stricte electro na samplu z Sigur Ros to zadanie karkołomne i sama myśl o czymś takim budzi niesmak, wobec tego ciężko nie doznać ataku torsji przy topornym "Year Of Silence". W "Birds" z kolei mamy do czynienia z podręcznikowym wręcz przekombinowaniem – można było poświęcić kilka zbędnych dźwięków i kawałek mógłby być wtedy zupełnie znośny a tak nie sposób wysłuchać tego w całości. Closer albumu powinien być dowodem w sprawie PETA vs Crystal Castles, bowiem ewidentnie ktoś zarejestrował tam zarzynanie kota w niezbyt ekologicznym środowisku. Chciałbym kontynuować tę wyliczankę, jednak z pewnym żalem dochodzę do konkluzji, że z każdym kolejnym przesłuchaniem słyszę na tym albumie coraz więcej przebłysków świadomości i trochę zaczyna mnie to martwić w perspektywie założeń z początku mojej przydługiej wypowiedzi. Nie jest to aż tak złe jak zakładałem, przyznaję to z bólem, ale i jarać się wolę w tym roku czym innym. To co w takim razie w końcu z tymi Crystal Castles? Oj tam oj tam.

AG: To ja dla odmiany krótko. Debiutanckiej płyty CC nigdy nie uważałam za szczególnie słuchalną, ale przynajmniej potrafiłam uchwycić zamysł. Pojedyncze tracki ("Crimewave", "Vanished") się broniły, brzmiąc jak tylko brzmieć mogą prawidłowo przeżyte inspiracje, których wachlarz wyczerpuje się na "Rippin Kittin" i "Blue Monday". Reszta – sami wiecie. Na tle debiutu, płyta numer dwa jest przez większość czasu zaskakująco słuchalna (powtarzam: na tle debiutu), ale Konia z rzędem temu, kto uchwyci zamysł (analiza Kacpra powyżej może okazać się pomocna). Co do "fenomenu" Crystal Castles. Festiwalowa młodzież nosi modną odzież, więc poniekąd rozumiem fascynację. Natomiast bycie zadeklarowanym FANEM zespołu to już jakiś szczególnie smutny przypadek korupcji umysłu, mówiąc prościej: nie sądzę, żeby można było nim zostać na serio. Nawet teraz, gdy tak pięknie wyewoluowali. I mówię to bez cienia ironii, kierunek którego wypatrują obecnie Crystal Castles jest bardziej zajmujący niż dwa lata temu. Wciąż, w dziedzinie "niejasnego eksperymentu", czyli artystowskiego elektropopu z bardziej rozmytymi inspiracjami, po co nam Crystal Castles skoro mamy np. Telepathe. No nie wiem po co.

MHJ: Druga płyta Kanadyjczyków, tak jak debiut, również nie pachnie żywicą. Kontynuowana jest hossa pikselowych bitów i laserowych zraszaczy. To wciąż wywroty dzieci-śmieci, które z nadwyżką energii radzą sobie za pomocą brudnego, rzężącego i niedbałego trashu. W odniesieniu do "Alice Practice" i reszty z pierwszego LP, sprawa zmierza w "dojrzalszym" kierunku wyspokojenia i szybkiej nirwany na stacji benzynowej. Mniej łomotów, rozdrażniania i bycia rozdrażnionym. W "Celestice" pojawia się nawet, "aż dziw", nieprzekorna słodycz. W lekkim stonowaniu i podrasowanej piosenkowości, wiąż łupią efektami w sprawie nie wiem jakiej, trenując "brzydkie", odhumanizowane brzmienie, działające jak środek napotny.

FK: Zważywszy, że na koncertach czy potańcówkach bywam od wielkiego dzwonu, cieszę się, że najpierw odezwał się Kacper i osadził debiut CC w jakichkolwiek ramach. Inaczej nie wiedziałbym po co o Crystal Castles w ogóle piszemy. Debiut zapomniałem, a tegoroczny album nie wzbudził we mnie wystarczającego poczucia obowiązku, by do niego wrócić. Nie porównując więc z poprzednimi dokonaniami, odzierając z kontekstu – to jest nudna, bałaganiarska płyta o dziwnych poziomach dźwięku, która momentami chciałaby przypominać Gang Gang Dance czy Richarda D. Jamesa, ale brzmi jak wprawki nawet jeśli utalentowanych, to nieopierzonych i egocentrycznych małolatów ze wschodnich landów. A może oni są ze wschodnich landów? Nie szkodzi to niczemu i nikomu (no, może temu kotu), ale nie pomaga też.

Aleksandra Graczyk     Magda Janicka     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz    
12 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie