RECENZJE

Crooked Fingers
Red Devil Dawn

2003, Merge 6.3

Ja nie muszę chyba nikomu wyjaśniać co dla rocka lat 90-tych oznaczała kapela Archers Of Loaf, a w szczególności ich debiut Icky Mettle. Na przestrzeni kilku lat zespół wydał cztery albumy, z których co prawda tylko pierwszy uznawany jest za klasyczny, ale poczynania grupy wszyscy śledzili z uwagą aż do kończącego White Trash Heroes. W efekcie powstawaniu czegoś nowego na zgliszczach ważnego bandu przypatrywano się ze sporym zaciekawieniem. Crooked Fingers to załoga skrzyknięta przez Erica Bachmanna, lidera rozpadniętej ferajny z North Karolajny. Chociaż z byłego składu Archers w nowym teamie wylądował sam tylko kapitan, to właśnie na jego "palce" spogląda się jak na legalnych spadkobierców zasłużonej drużyny. Najwyraźniej presja środowiskowa niespecjalnie przejęła Bachmanna, bo w złotym roku 2000 self-titled jego nowej kapelki wymiótł dziesięcioma piosenkami podróżującymi daleko w kierunku wytyczonym pod sam koniec działalności Archers Of Loaf, zaskakując dodatkowo wyjątkowo mocarnymi melodiami. Królestwo Oldhama i Smoga stanęło otworem, a Crooked Fingers wnosili do niego własną tożsamość i zapach francuskich kawiarni z początku XX wieku.

Niestety okazuje się, że niewiele zmieniło się dla nich od przełomu tysiącleci. Bachmann porzucił wszelkie próby rozwoju, dochodząc widocznie do wniosku, że na obecną chwilę odnalazł odpowiadającą mu konwencję. To przykre, bo Red Devil Dawn nie prezentuje siły Crooked Fingers, sprawiając nawet wrażenie płyty wymuszonej, i to w każdym aspekcie. Wiele grup unika tego typu krytyki tylko przez wzgląd na styl w jakim się poruszają i zgoda, może jest coś ponadczasowego w takim songwriterstwie, ale brak urozmaicenia drażni, denerwuje, niepokoi, odrzuca. "O hello", album sprzed trzech lat był identyczny. A przecież Bachmann nie jest indywidualnością na tyle wyjątkową, żeby obronić dzieło samym pisaniem nowych utworów. Lider Crooked Fingers do wielkich literackich twórców nie należy. Nie ma Słowackiego i nie ma Miłosza. Bachmann przerasta tylko Adama Asnyka, a i to niekoniecznie. Jego poematy (a z całą pewnością są to poematy, nie zwykłe teksty), czytane w separacji od muzyki sprawiają wrażenie niezwykle archaicznych, często irytują banalnymi rozwiązaniami metrycznymi. Liryki wyrastają z angielskiej tradycji romantycznej, a szkoda, bo z większym zaintrygowaniem poczytałbym poezję odwołującą się raczej do Amerykanów Walta Whitmana (który notabene, jak twierdzi dr Paryż, prawdopodobnie był gejem i lubił młodych chłopców), Waldo Emersona albo Emily Dickinson, przy czym chodzi oczywiście o styl, a nie treści. Ale być może czepianie się kogoś o zły dobór inspiracji jest już przesadą z mojej strony.

Ok, koniec o tym, bo przecież to muza jest najważniejsza. Czy już mówiłem, że Red Devil Dawn to kopia Crooked Fingers? Tak, owszem. Zawiera dziesięć bardzo podobnych utworów, ale na self-titled prawie każda kompozycja była lepsza. Tym razem te same romantyczno-dekadenckie opowieści, spowiedzi alkoholika, portrety kobiet, historie gasnącej miłości wywierają znacznie mniejsze wrażenie. Red Devil broni się głównie ciekawym klimatem, to coś jak mroczny raport z nierealnego, opuszczonego miasteczka stopniowo zmierzającego ku zagładzie (nie ukrywam, że skojarzenie zainspirowane początkiem albumu). Efekt osiągnięty jest przy pomocy niezbyt wyszukanych środków – gitarowe brzdękanie i ponure skrzeczenie basu otrzymują posępne wsparcie ze strony dęto-smyczkowego instrumentarium. O ile podobnie było na debiucie, tam piosenki podminowane były niezwykłą pijacką energią. Na nowym albumie ja nie słyszę tej energii, przykro mi. Brakuje kawałków zbliżającej się do neutralmilkhotelowej jazdy "New Drink For The Old Drunk", chlubnym wyjątkiem jeden zaledwie fragment – latynoski "Sweet Marie". Oprócz kilku momentów, na Red Devil Dawn dominuje zwykłość, zbliżająca się do pieśni Ronana Keatinga, przepraszam co wrażliwszych za porównanie. Po prostu muszę to powiedzieć, bo ekspresja wokalna "Don't Say A Word" kojarzy mi się z piosenką z tym cholernym teledyskiem, gdzie Ronan śpiewa na ławce w parku. Nie ma tego teledysku.

Reasumując ten nieciekawy wywód, nachodzi mnie obawa, że Bachmann zaczyna bardziej koncentrować się na własnym smutku i kultywowaniu szlachetnej nudy, niż dobrych piosenkach, co zwiastuje niebezpieczny koniec w postaci utopienia wielkiego talentu w refleksyjnym folku. Dlatego na tym etapie swojej drogi artystycznej powinien zgadać się z Tymańskim, który wzbogaciłby jego sztukę o trochę pastiszu.

Michał Zagroba    
30 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie