RECENZJE

Count Bass D
Begborrowsteel

2005, Ramp 7.2

Co roku poznaję taką jedną zajebistą płytkę, realizującą ideał miękkiego, smooooth hip-hopu zabarwionego na soulowo i r'n'b. Roztapiającą w błogiej relaksacji, kojącą, działającą jak odprężający balsam lub beztroska letnia kąpiel wieczorem pod gołym niebem. Jak delikatna bąbelkowa ablucja w (poprawnie zainstalowanym) jacuzzi. Nie zaliczam się do czołowych adherentów Foreigh Exchange i niekoniecznie dostrzegam pierwiastek duchowy w "zaledwie" perfekcyjnie subtelnym rapowym sofciku, ale trzeba przyznać, że ich album urzeka jak mało który w tej estetyce. Ostatnio przybyła mu konkurencja w postaci pukającego do bram listy Static Maspyke'a i do obu wydawnictw będzie się jeszcze wracać. Podobnie co roku jakiś ciemnoskóry wizjoner bierze stos starych winyli, stertę ulubionych filmów, klej, nożyczki, myszkę oraz klawiaturę i przystępuje do klecenia misternego collage'u czarnej muzyki, klasyków gangsterskich, seriali telewizyjnych, vintage jazzu. W takim samplicznym niebie rezydował najczęściej Madlib, a niedawno na niemal równie ważną personę wyrasta Edan (Zakrocki alarmował od lat, ale ludzie nie chcieli słuchać).

To wszystko zmierza rzecz jasna do oddania fenomenu Count Bassa, łączącego, moim zdaniem, płynnie i na luzaku interesy owych dwóch hip-hopowych frakcji. Do tego stopnia na luzaku, że formuła półgodzinnego, szesnastotrackowego krążka może się zrazu zdawać niemal skitowa – kaznodziejskie gadki, francuskie "parlanie", urywki filmowe, etc. – co jest częściowo prawdą, a częściowo złudzeniem spowodowanym kompletną beztroską Dwighta Farrella, brakiem spinki z jakim skacze sobie po kolejnych miniaturkach. Przy czym nawet jeśli zdarzają się formy skitopodobne, całość płynie bezbłędnie i bez zacięcia. Wszystko wymiata: począwszy od zjaranego bossostwa charyzmatycznego Count Bassa, rozwalającego niedbałym rzucaniem fajnych zdań ("Records I'm with that / CD's I'm with that / Mp3's is aaahrigh / D-a-t..."[i w tym miejscu następuje zechowane "fuck that!"]), wskazówek dla europarlamentarzystów ("Make love not war / To wife not whore"), czy urzekającego sympatycznym kozaczeniem ("Bobby Brown – player of the century / Teddy Riley is the king of r'n'b / Count Bass D, I run this shit too"); poprzez klimacik (chórki i świdrujące śpiewy zaczerpnięte z arsenału smaczków Kanye Westa, melancholijne, nieco disneyowskie smyki, a także radosne soundtrackowe patenty); po konkretne elementy jak miażdżący zjazd basu "Gimmie A Gig", urokliwe chillujące wokalizy "Down Easy" oraz zabawna recytacja "New Edition Karaoke", przypominająca ten fragment z Supreme Clientele, gdzie pacjent cały czas "straight up" powtarza jak potłuczony. Jedyny minus: mijająca się z dźwiękami o kilometr okładka.

Michał Zagroba    
9 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie