RECENZJE

Cooper Temple Clause
Kick Up The Fire, And Let The Flames Break Loose

2003, Morning 3.5

Czy to już rok minął? Nawet półtora roku. Gdzie? Nie zauważyłem. Wydaje mi się, jak bym wczoraj dostał debiut Cooper Temple Clause do zrecenzowania. Ale tym razem nie mam zamiaru opowiadać o nowej płycie Cooper Temple Clause, która, poza pierwszym kawałkiem, jest zła. (Weźcie Menomenę albo, co podkreślam kolejny raz, Six Mansun.) Zamiast tego, wykorzystam zagwarantowaną grafikiem poniższą przestrzeń do innych celów: spróbuję wyjaśnić nasz stosunek do palących kwestii, wobec jakich sporo z naszych czytelników wciąż ma wątpliwości. Życzyłbym sobie, aby była to ostatnia taka lekcja, gdyż są to naprawdę rzeczy banalne i przy odrobinie dobrej woli można z powodzeniem je zrozumieć. Serio, już rzygam tym tematem. Ok.

1. Mp3

W swoim klasycznym artykule Dzieło Sztuki W Dobie Reprodukcji Technicznej z 1936 roku, wybitny niemiecki teoretyk kultury, filozof i humanista Walter Benjamin interpretował modyfikacje w sposobach odbioru dzieła sztuki oraz ewolucję właściwości ich samych za pomocą pojęcia "aury". Aura implikuje autentyczność i pewną swoistą cechę dzieła: jego jednorazowość. W dobie renesansu dzieła nie były obiektem kultu z powodu tego czym literalnie były, ale z powodu tego że były. W momencie zmiany w medium percepcji aura upada. Reprodukcja emancypuje dzieło sztuki z bytu w rytuale. Wartość kultowa zostaje wyparta przez wartość ekspozycyjną.

Fonografia, w samej swej istocie podlega prawom reprodukcyjnym. Jeśli jednak pokusić się o wyprowadzenie paraleli do schematu przedstawionego wyżej, a raczej adaptację mechanizmu form odbioru zapisu dźwięku do tego schematu, dostrzec można pewną prawidłowość. Płyta, jako nośnik, jest fonograficznym odpowiednikiem jedynego i niepowtarzalnego oryginału, egzemplarza źródłowego. Technicznie ujmując, jest wiele metod powielania dźwięku źródłowego z płyty. Ale zaledwie część z nich pozwala zachować "aurę" oryginału. Dosłownie, pozwalają na to metody nie angażujące w proces kopiowania żadnych mediów pośrednich. Takie, które zapewniają bezpośrednie przeniesienie zawartości jednego nośnika-przedmiotu na drugi nośnik-przedmiot. Czy mowa tu o przegrywaniu CD na MCR, LP na CDR, MC na MCR i tak dalej, nie odgrywa, mimo różnic jakościowych, żadnej roli, naprawdę.

Aby pojąć subtelnie uchwytną specyfikę różnicy między zgrywaniem płyty CD na CDR, a wrzucaniu plików do sieci, ściąganiu ich w postaci mp3 i następnym wypaleniem na CDR, tudzież między odbiciem okładki w xero, a drukowaniem jej z netu, należy sięgnąć do prawidła z zakresu teorii fotografii. Ktokolwiek choćby pobieżnie zorientowany w podstawach ontologii obrazu fotograficznego wie, dlaczego fotografia stanowi tak rewolucyjne narzędzie w dążeniu do odwzorowania rzeczywistości. Chodzi o genezę. Między obiektywem a przedmiotem nie ma ludzkiej ingerencji. Dlatego najdokładniejszy nawet pejzaż malarski nie ma tej siły wiarygodności, co rozmyte i niewyraźne zdjęcie. Dlatego weźmiemy fatalnej jakości cykającego (popsuta nagrywarka) CDR skopiowanego z oryginału ponad idealnie brzmiące mp3 wypalone na CDR. Dlatego weźmiemy fatalną, zaciemnioną kartkę z kserokopiarki, wytniemy jako "okładkę" i włożymy do pudełka raczej, niż wydrukujemy na laserze kolorową "okładkę". Ba, weźmiemy MCRa słabej jakości (źródło: stare szumiące MC) ponad cyfrowe mp3 wypalone na płycie. Ponieważ "przenosząc" A na B, zachowujemy cząstkę A w B. To jest właśnie aura.

A więc reasumując: złodziejstwo to jedno. Naturalnie, mp3 paraliżuje rozwój rynku, bo "eksperci" nie posiadają płyt, na temat których wydają sądy. A płyty należy kupować, żeby środowiska kreujące muzykę w ogóle przetrwały. Kto więc ma kupować te płyty: chyba bardziej "krytycy" niż szanujący ich opinie słuchacze? W pierwszej kolejności krytycy, tak dyktowałby zdrowy rozsądek. Ponieważ w Polsce dzieje się odwrotnie, sytuacja najwyraźniej choruje. (I nie mówię tu o samej czynności "ssania" plików udostępnianych przez wykonawcę w celach promocyjnych. Mówię oczywiście o "file-sharing", największej przeszkodzie przemysłu fonograficznego w jego dziejach.) Ale główny problem jest zupełnie inny. Mp3 to nie jest płyta. To takie proste. CDR jest płytą dalszej jakości, kopią. Mp3, jako idea, to nie jest płyta.

2. Krytyka muzyczna

Następne zagadnienie to pojęcie "krytyki" muzycznej. Kilka zupełnie wymiernych kategorii odróżnia "krytyka" od pseudo-krytyka, abstrahując od takich walorów artykułów, jak język, styl, wyczucie pisarskie, forma, swoboda, pomysłowość, czy świeżość (w sumie... jeśli... kogoś... jara... lektura... recki.. zbudowanej... z dwudziestu... słów... to... nie zabierajmy... mu... tej... radości...), i spróbuję je teraz wymienić.

(Absolutnie nie odstawiam tu zakamuflowanej afirmacji własnego, czy kolegów writingu, natomiast zastanówmy się: trudno poważnie traktować autorów, którzy podlegają poniższym zarzutom, bo inaczej wszystko jest "krytyką".)

Pierwszą jest idea "krytyki" ponad "muzyką". Mam tu na myśli kolejność priorytetów dla autora. Jeśli ktoś najpierw zakłada "serwis muzyczny" (gdyż pisanie recenzji wydaje mu się, dajmy na to, fajowe), a dopiero potem zauważa, że nie ma co recenzować (przecież nie kupuje płyt) i dlatego zasysa płyty z netu, to sory, ale kogoś tu chyba pojebało? Oświadczyć "będę krytykiem!" i rozpocząć przeszukiwanie netu w celu odnalezienia okrzyczanych krążków, ściągnięcia ich i "zrecenzowania": dla mnie to przejaw choroby psychicznej. My w Porcys kupujemy płyty bo, bo ja wiem, muzyka to dla nas pasja życia? Coś w tym guście. A że następnie kwitujemy niektóre z nich kilkoma słowami analizy, jest tylko naszą reakcją na rodzime zacofanie na gruncie dostępnych źródeł wiedzy o muzyce niezależnej. Czujemy się więc zobowiązani. Ale nie wiem czy skumaliście kolejność. Słucham muzyki od dziecka. Mam pasję do kolekcjonowania płyt. Wydaję na to całą kasę. Że na pewnym etapie zabrałem się za pisanie o nich, jest osobną historią. Przede wszystkim, ja kolekcjonuję płyty. W życiu nie zassałem ani jednej płyty z netu, ponieważ mam przyjemność w wydaniu pieniędzy na płytę albo na CDR żeby przepalić ją od kumpla i odbić okładkę. Wyrażam się po polsku?

Druga kategoria to radosna twórczość blogowa. Widzicie, internet ma to do siebie, że zakłada funkcjonowanie w jego obrębie wszystkiego. Macie tu błyskotliwe, wybitne eseje o muzyce najwyższej jakości. Ale tę samą możliwość publicznej wypowiedzi ma ktokolwiek z modemem i komputerem. Stąd do komentowania muzyki w śmiesznie autorytatywnym tonie prawo mają miliardy osób. I nie to, że chciałbym to prawo im odebrać. Kłopot w tym, że nadają one swoim luźnym przemyśleniom i laickim spostrzeżeniom status "krytyki". Więcej, tkwią w przekonaniu, że właściwie są "krytykami". Przecież świat poszedł do przodu i dziś każdy może być krytykiem, nieprawdaż? No właśnie niezupełnie. Zdaje się, że potrzeba mieć wiedzę? Zdolność porównawczej analizy? Wyczulony słuch? Im więcej płyt odsłuchało się w całości, tym opinia delikwenta jest sensowniejsza i trwalsza. Ale do ogromnej liczby pseudo-krytyków na całym świecie ta zależność nie dochodzi. Ubierając swoje wypociny w strukturę "recenzji" (nagłówek, tekst, podpis) zapominają, że w środku czają się blogowe grafomańskie bzdury, które mógłby napisać każdy i wszędzie. A wybaczcie, do blogów się porównywać nie będziemy. Dlaczego? Po pierwsze: nie ma blogów. Po drugie zaś, patrz po pierwsze.

Trzecie kryterium to syndrom "culture addicts". Owszem, znam kilku culture addicts, ludzi wchłaniających świat jak gąbka, dokonujących momentalnej, mimowolnej segregacji przyswajanych informacji i potrafiących jeszcze wydobyć z nich w odpowiednich okolicznościach esencję, wycisnąć każdą potrzebną kroplę. Ale to są geniusze. Mają inaczej skonstruowany aparat recepcyjny. Istnieje natomiast grupa ludzi, którzy wierzą, że są w stanie mydlić oczy czytelnikom: uszczknąć po trochu z każdego zakątka kultury i zgrywać nad-ludzi, kontrolujących z lotu ptaka jej ewolucję. Och, jestem taki cool. Jestem krytykiem, krytykiem wszystkiego, także muzyki! Nieważne, że nie mają wcale o muzyce pojęcia. Wiecie, zielona w sprawach merytorycznych to może sobie być Pola z MTV. Lecz ona jest prezenterką i ma inne zadania: wyglądać na ekranie. I spisuje się na medal. Ale "autorzy" artykułów? Nie rozumiem dlaczego deprecjonuje się zawód krytyka muzyki popularnej, w opozycji do krytyka teatralnego czy literackiego, wymagając od niego tak mało. Krytycy literaccy i teatralni spędzają całe życie na czytaniu książek i oglądaniu spektakli. Krytycy muzyki popularnej powinni spędzać całe życie na słuchaniu płyt, prawda? To takie logiczne. Dlaczego więc spędzają je na absolutnie innych czynnościach, wypisując o muzyce stek ogólnikowych bredni, zwykle w postaci natłoku genre-namingu i cytowania snobistycznych zagranicznych magazynów?

Czwarte kryterium to format. Nie ma smileyów. A zdania są zdaniami. Jeśli ciężko komuś zbudować zdanie po polsku, niech może charytatywnie posprząta miasto, ale, na miłość boską, niech nie zabiera się za pisanie.

Konkluzją powyższych akapitów jest coś bardzo przykrego. W polskich mediach ze świecą szukać "krytyków muzycznych" z prawdziwego zdarzenia w naszym rozumieniu. (I nawet nie podnoszę już wątku "dobrych" i "złych" krytyków, chodzi mi tylko o samo reprezentowanie tego pojęcia.) Stąd, piszemy dalej po prostu. Wpcn.

Czy wyraziłem się jasno?

Na pewno?

Cieszę się.

Borys Dejnarowicz    
20 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie