RECENZJE

Cool Kids Of Death
2

2003, Sissy 6.0

Jedno z wielu pytań, które nachalnie narzuca się w trakcie analizy fenomenu Cool Kids Of Death, brzmi: na ile obiektywnie jesteśmy w stanie określić wartość płyty i czy taka ocena jest w ogóle możliwa? Okazja do takiego rozważania zaiste dogodna, bo o łódzkiej załodze krąży wiele zbieżnych opinii. Heh, wiele zbieżnych opinii, dobrze by było wiele zbieżnych opinii. Gro tych sądów poraża swą infantylnością i nie można ich traktować jako argument w dyskusji. Wybitny debiut chłopaków nie został zrozumiany. Brak było rzeczowego podejścia do problemu, analizy ambiwalencji zespołu (wiadomo gdzie znajdziecie chlubny wyjątek). Jak krytyka, to tendencyjna. Jak zachwyty, to bez przekonania. Cóż, taki już urok rodzimej braci recenzenckiej.

Jak wiadomo, muzyka jest jedyną ze sztuk w całości odnoszącą się do abstrakcji. "Akord nic nie znaczy, melodia nie ma żadnego sensu". A mimo to mamy narzędzia do wartościowania dźwięków. Potrafimy je strukturalnie rozłożyć na wymierne elementy. "Jakość kompozycji, bogactwo aranżacji, sposób budowania napięcia, harmonie, tekstury dźwięku, świeżość motywów, nowatorstwo w stosunku do całej tradycji muzycznej, nieschematyczność" – są to wyróżniki, które mówią wiele o danym dziele. Aby móc je (poprawnie) interpretować, trzeba mieć: zdrowe uszy, rozległy wachlarz porównań (im więcej, tym lepiej; rzecz jasna najważniejsze są dzieła klasyczne), oraz wrażliwość (chodzi mi o zdolność do szczerego zachwytu, fascynacji pięknem). Jest cacy, brzmi logicznie, ale skoro istnieje obiektywna wartość, to jak w tym kontekście wytłumaczyć różne interpretacje kompetentnych osób wobec jednego dzieła?

Dozwolony jest spór o to, czy bardziej genialny jest Sgt. Pepper, czy Revolver, ale jeśli ktoś ma wątpliwości, że wydawnictwa te są ponadczasowe, to z taką osobą nie mamy co rozmawiać o muzyce (ściśle, jeśli ktoś naprawdę zna te albumy i nadal podważa ich wartość, wątpię by dało się z tym kimś rozmawiać o czymkolwiek). Poddawanie w wątpliwość prawdy tak oczywistej jest nadużyciem, profanacją, absurdem. To tak jakby zapytać Sokratesa jak się nazywa, a następnie wyśmiać go, że skoro wie, to znaczy, że jego słynne zdanie jest kłamliwe, a on jest oszustem. Byłby to przedszkolny trik wskazujący na brak zrozumienia problemu, świadectwo utraty zmysłów, czy wreszcie stosowana często praktyka kamuflowania braku argumentów poprzez forsowanie racji nie mających nic wspólnego z rozważanym tematem – vide lepperowski populizm.

I tak self-titled grupy możemy analizować na wielu płaszczyznach. Możemy spierać się, czy teksty chłopaków są genialną karykaturą, czy może pustą prowokacją. Czy słynne "Uważaj" to realne wyznanie, portret uczuć artysty, coś prawdziwego czym chciał się podzielić z ludzkością, czy kolejny grafomański slogan pokroju "nie od dziś wiadomo, że telewizja kłamie, a oryginały nie istnieją", który przez przypadek wyszedł mu autentycznie. Czy całość jest gorzką, trafnie przeprowadzoną socjologiczną obserwacją, artystycznym oszustwem, czy tylko wyrazem fałszywego, bliżej nieukierunkowanego buntu. Czy jest to studium kiczu ze świadomością tandety własnych skandowanek, czy brak tu oznak zdolności autora do autorefleksji.

Zbierając pytanka do kupy, przyznajmy, że ostatecznie pal licho odpowiedzi. Chwała im za to, że nagrali płytę na tyle przewrotną, iż jeśli nie spojrzy się na nią z przymrużeniem oka, to można się na nią łatwo obrazić. Dla każdego obiektywnego słuchacza oczywistym powinien być jednak fakt, że przede wszystkim jest to wybitny krążek. Decyduje o tym materiał. Dziesiątki zajebistych hooków, wynalezienie własnego, absolutnie nowego i intrygującego stylu polegającego na zderzeniu, skontrastowaniu zaraźliwie popowych zagrywek, riffów gitary, z wokalem, który blokując naturalną melodyjność podkładu jest jakby "pod prąd", burzy tradycyjny schemat konstrukcji piosenki. Pomaga to w kreacji buntu, bycia anty wszystko (nawet swojej muzyce). Przykuwa uwagę, wynosi i tak świetne kompozycje na niebotyczne, ósemkowe rejony. A zatem mamy wyrazistość, własny charakter, oryginalność i wreszcie rewelacyjny songwriting – to są wszystko niezbite dowody, składowe certyfikatu jakości CKOD. Zwyczajnie nie sposób z nimi polemizować.

Paradoksalnie fakt niezrozumienia twórczości CKOD przez publikę sprawia mi poniekąd frajdę. Dostarcza perwersyjnej radochy z lubienia czegoś na pozór wieśniackiego, na którego rzeczywistym artyzmie pozna się niewielu. Nieraz boli mnie, kiedy świetną płytą podnieca się ktoś, kto dopiero co osrał jakieś kuloodporne dzieło, bo mam wrażenie, że jest to jakby pusty zachwyt. Nie ufam szczerości takiej reakcji, przez co nie potrafię dzielić z daną osobą radości. Tym też tłumaczę sobie zajawkę jaka mnie ogarnia, gdy obcuję z twórczością niedocenianą, której ludziska raczej nie kumają. Choć ten jeden raz nie muszę nasłuchiwać przykrych słów entuzjastycznej podjarki. "Kupiłam sobie Agaetis, ale słodziutkie. No trochę za długie i jest parę słabszych momentów, ale mi się bardzo podoba, zakochałam się. Jedna z moich płyt życia". Nie ma ludzi.

Wraz z powrotem zespołu rozwiane zostają pewne wątpliwości. No bo tak. Jeśli by wsłuchać się w zarzuty "niezal-purystów" wobec CKOD, to na czoło wysuwa się postulat, że chłopaki nie są tak naprawdę niezależni, a zwykłą komerchą, zawdzięczającą powodzenie po trosze fartowi. I wydawało się, że faktycznie kolesie są patentem jednego strzału, wyszła im po prostu tamta płyta, a nawet przerosła, bo stworzyli ją w momencie, gdy nie byli jeszcze muzykami z prawdziwego zdarzenia. A tu proszę, 2 oferuje bardziej bezkompromisowy i surowy materiał od debiutu. Wielokrotnie mniej przystępny, mniej radiowy. Popowcy, papka dla mas? To proszę, posłuchajcie garażowej miazgi na finał "Maszyny Śmierci" albo rzeźni "Kurwy Na Telefon", gdzie Ostrowski w desperacji wydobywa z siebie spazmatyczne lamenty. Wyszła im poprzednia płyta, zupełnie przypadkiem? A co powiecie na "Nie Będzie Żadnej Rewolucji", "Akcję Promocyjną", czy "Uciekaj". Też im wyszły te kawałki, znowu przez przypadek? Nie kochani, Cool Kids Of Death właśnie pokazali niedowiarkom, że tworzą klasowy, niezależny zespół, "nie dla hajsu, nie dla sławy".

Po punkowym debiucie wystarczyło wygładzić, zmainstreamować gitary i przy niewątpliwym talencie do chwytliwych motywów wrota do sławy stały otworem. Ale Cool Kidsi dobyli się na odwagę i udowodnili, że cenią własną godność. Nie sprzedali się. Przeciwnie, podkręcili wzmacniacze, splunęli na łatwe pieniądze i wysmarowali momentami nawet nieprzyjemną dla ucha masakrę dźwiękową. Zamiast jak większość z czasem zmięknąć i nabrać ogłady, oni stwardnieli i okrzepli. Brak materiału nadrobili zacięciem, sercem i wyczuwalnym przekonaniem w sens tego co robią. I za to należą im się brawa.

Oczywiście, że płyta ta jest o niebo słabsza od debiutu, bo to był wyjątek (każdy chyba wie, na czym polega istota wyjątku). Połowa utworów zdaje się być oparta na odrzuconych (a więc słabszych) pomysłach z poprzedniej sesji, lub nawet wprost nawiązuje do tamtych nagrań. Znów mamy tu ślady wściekłego punku z czasów brytyjskiej rewolty. Ale zespół zachował się w sumie sprytnie. Nie mając nowych, równie lotnych hooków co na debiucie, postawił na wspomnianą dźwiękową rzeźnię. Zagęścił fakturę, zawęził przestrzeń, przez co niejako naturalnie zatracił melodyjność. Raz wychodzi to dosyć topornie ("Na Wszystkie Cztery Strony", "Punkrockclassic", "Wyliczanka"), by dalej, gdy sam pomysł poparty jest solidnym songwritingiem, zdradzić fenomenalny potencjał ("Martwe Disko", "Maszyna Śmierci", "Ministerstwo Propagandy").

Fantastyczny "Nie Będzie Żadnej Rewolucji" zaskakuje czytelnym nawiązaniem do dramatycznego finału "Kręcimy Się W Kółko". Tam z płaczem i błaganiem właściwym desperatowi Ostrowski domagał się "nowej wojny, nowej rewolucji". Dziś, na wzór między-albumowej, cyniczno-ironicznej polemiki Świetlickiego ("Pomyliłem się / To miasto nigdy nie będzie należeć do mnie") dokonuje korekty własnych pragnień, które prawdopodobnie uznał za niemożliwe do spełnienia. W opozycji mamy "Hardkor", osadzony na motywie basu skradzionym z "Mountain Song" Jane's Addiction, oparty na perkusji, kulejącym elemencie rzemiosła zespołu (nie mają pałkera, więc jest to jakieś tłumaczenie, ale czemu tak forują bębny?). To niemiłosiernie przewidywalne oczekiwanie na mostek, gdzie wyeksponowany na tle feralnej, programowanej perki, lubiany za czasów Skandalu Vienio daje się poznać jako totalny prymityw, który zupełnie zapomniał o ujaranych ideałach molestowania.

Gdzieniegdzie CKOD powracają do rozwiązań bardziej popowych. Closer "Uciekaj" wyraźnie nawiązuje atmosferą prawdziwości do "Uważaj". Jest coś intrygującego w zdolności Ostrowskiego, który samą tylko barwą i aktorską ekspresją potrafi poruszyć. W ogóle nie jest ważna estetyka tekstu, bo zapodany przez autora i tak niespodziewanie ujmuje szczerością. "Urodziłem się w Łodzi, a nie w Nowym Jorku". Wow, ale odkrycie. Z tym, że na tle złowieszczego, apokaliptycznego podkładu ten typowy ichni kicz brzmi głęboko, mądrze. A może właśnie tandeta tekstu jest po to, aby spotęgować wrażenie pomieszania z poplątaniem. Zaproszenie do inteligentnej gry skojarzeń, ukrytych znaczeń, czy sprawny szwindel? Już bawiliśmy się w takie pytania. Znowu, nie ważne jak odpowiecie na zagadkę, wystarczy pamiętać o dystansie. Kawałek pozostanie kompletnie zajebistym, a to, że nie wiadomo do końca jak go odbierać, tylko dodaje mu kolorytu.

Ostatnie słowo należy poświecić frontmanowi. Ewoluował on w podobnym kierunku, co muzyka zespołu. Stwardniał, spoważniał. Aktualnie unika, z różnym skutkiem, jawnych oczywistości, banału, aczkolwiek wciąż posługuje się skromnym zestawem "najprostszych wyrazów". Porzucił gdzieś szczeniackie rozterki nie zgadzającego się na codzienność anty-idola. Dziś manifestuje potrzebę podzielenia się katastroficznymi wizjami końca, stale przywołując tematykę spraw ostatecznych. Sfrustrowany niemożnością odmiany swojego losu (wspomniane "Uciekaj"), wykrwawia się ze wzburzenia na naszych oczach. Pogodzony z degrengoladą społeczeństwa nie wykazuje cech konformisty. Jest źle, "jutro będzie jeszcze gorzej", ale "niech każdy stąd wypierdala". Nie jest to zbyt twórczy i porywający portret wyobcowanej, nie znajdującej zrozumienia jednostki, ale rokuje pozytywnie, ciekawią mnie jego losy w przyszłości. Podobnie jak samego zespołu. Abstrahując od nieśmiertelnej kwestii mrużenia oczu, czy to się komuś podoba czy nie, dzisiejsza Polska doczekała się punkowego zespołu z prawdziwego zdarzenia.

Jacek Kinowski    
3 października 2003
BIEŻĄCE
Vampire WeekendFather Of The Bride
Weyes BloodTitanic Rising