RECENZJE

Converge
All We Love We Leave Behind

2012, Epitaph 6.7

Kilka miesięcy temu, gdy rozmawiałem z Natem Newtonem, zapytałem go o tytuł nowej płyty, który z pozoru przypadłby do gustu raczej fanom Suicide Girls. Odpowiedź była poważna i rozkładała każdy sarkazm na łopatki. Pomimo upływu czasu i większego doświadczenia, są w życiu rzeczy, z którymi ciężko się uporać. To, co się liczy, powiedział wtedy Newton, to mówienie ludziom ważnych słów zanim będzie za późno. To, co się liczy, to szczerość.

To jest na tyle zaduszny klimat, że można by z drwiną cytować znany wiersz Twardowskiego. Nie ma na to czasu, księżyca ubywa nie tylko na okładce, a kto, jak nie pan Twardowski, znać może jego jesienne i ciemne strony. W sepulkralnym klimacie zostaniemy jeszcze przez chwilę, bo jeśli z czymkolwiek w tym roku porównywać nowy album Converge, to z zawartością i okolicznościami nagrania Red Horse Early Graves. Obie grupy próbują znaleźć ujście negatywnych emocji w muzyce surowej i dokuczliwie intensywnej. Młodzi Kalifornijczycy rozliczając się ze śmiercią swojego bandmate'a, nagrali najlepszy album w dotychczasowej karierze. Stare wygi z drugiego wybrzeża wysadzeni z werwy galopującego "Dark Horse" też są tego celu bardzo blisko. Nie oznacza to wcale porzucenia lekcji Axe To Fall – nikt nie zapomina ani płomienno-plemiennej melodii w "Glacial Pace", ani o niemal wirtuozerskim wycinaniu jak w "Sadness Comes Home". Słuchacze przyzwyczajeni do krwawej rzeźni rozpoznają jej charakterystyczne elementy w "Sparrow's Fall", ale, pomimo braku drastycznej stylowej wolty, są na AWLWLB rzeczy dotychczas przez zespół niepróbowane.

Najlepszym tego przykładem jest metal-perła "Coral Blue", z którą przystępnością refrenu mógłby w tym roku rywalizować chyba tylko "Born In Winter" Gojira. Nawet jednak w takich, a może szczególnie w tych właśnie, momentach, w których rygoryzm wymiatającej gitary zastępuje stąpająca na szeptach deklamacja przechodząca w oceaniczny kantyk, album staje się nieznośnie smutny. I to jest ten rodzaj zadumy, który Jacob Bannon tłumaczył jako przychodzącą wraz z wiekiem chęć naprawiania spraw, przy jednoczesnej świadomości, że wielu z nich naprawić się już nie da. Być może podobna powaga i (chyba nawet) lęk krążący nad najbardziej nawet agresywną partią materiału niczym widmo lub zdarzenie toksyczno- powietrzne, pozwala nań spojrzeć jak na podsumowanie dotychczasowych wątków w twórczości hardcore legendy. Zbierane z desek zęby, akrobatyczna wręcz technika, kruszący serce, jak czekanik Kukuczki battle cry, użyte zostają w funkcji anestezji. Pansoniczność tej muzyki może być przez niektórych odbierana jako nadpobudliwy szum, ja jednak myślę o niej jak o panaceum. Jedynym w swoim rodzaju chwilowym zagłuszeniu rozterek nietrwałości przez ich intensyfikację.

Wawrzyn Kowalski    
19 listopada 2012
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018