RECENZJE

Constantines
Shine A Light

2003, Sub Pop 6.5

Wtórność przejawia się na wiele sposobów. Często najbardziej gwałtowne przypadki zrzynki dochodzą do takich granic oczywistości, że brak oryginalności przestaje być w ogóle brany pod uwagę przy szacowaniu wartości. Naturalna, niewymuszona pozytywność przebijająca z Guitar Romantic Exploding Hearts pozwala przymknąć oko na zużycie materiału. Na wątrobę działa raczej cały klan tak zwanych "artystycznych oszustów", dochodzących w dziedzinie kopiowania pewnych wzorców brzmieniowych, estetycznych i schematów kompozycyjnych do sprawności iście fałszerskich. Niebezpieczeństwo zatracenia odpowiedniego dystansu do tego typu przedsięwzięć jest całkiem realne i wynika z nieraz wysokiej jakości samych kompozycji. Nie należy jednak zapominać, że przyglądamy się zaledwie falsyfikatom. Jakiś czas temu postulowałem negatywne traktowanie zespołu Earlimart, Borys specjalnie dla przyjaciół wytropił i wypunktował wszystkie podrabiane elementy Wetheads Come Running, rozkładając tę biedną i bezbronną płytkę na części pierwsze, pani Lidka dopatrzyła się w tekstach Paktofoniki poezji. Constantines na razie nie zasłużyli sobie na taką surowość, ale z kłującym w oczy brakiem własnych pomysłów albo choćby własnego charakteru niepokojąco zbliżają się do strefy wyklętych.

Shine A Light rozpoczyna się od strejtforłard uderzenia "National Hum", czyli energicznego hc/pre-punku, przypominającego płomienne piosenki Pearl Jamu jarającego się, że "my tutaj gramy rocka, panowie". Nie jest to jeszcze właściwe Constantines, które zwykło się określać zespoleniem Springsteena z Fugazi. Pierwsza z tych inspiracji jest nie do podważenia, zwłaszcza kiedy kompozycja specyficznie przetacza się, jak w sunącym przed siebie "Young Lions", niczym amerykańska "pieśń drogi". Te konkretnie progresje to ja już słyszałem, na Icky Mettle chociażby, i pomimo, a może właśnie z powodu dodatkowo namaszczonego śpiewu Bryana Webba absolutnie nie robią na mnie takie pretensjonalne pieśni specjalnego wrażenia. Rzeczywiście poczułem ten powiew wolności, niemal jak w produkcji Thelma I Louise, gdzie w końcowej scenie tytułowe bohaterki wyskakują w przepaść czerwonym cadillaciem, huh. Urokliwe "On To You" jest kolejnym wyraźnym odwołaniem. Może bliżej tu nawet do Crooked Fingers, ale przecież to w upitych mini-orkiestralnych utworach w rodzaju "Sherry Darling" z The River tkwi geneza późnej twórczości Bachmanna.

Naturalnie na Shine A Light znajdziemy tylko The Bossa natchnionego z okresu 75-80 i mesjanistycznego, jak w obszernych fragmentach Born In The U.S.A. Brakuje za to Springsteena wyciszonego z Nebraski, chyba że na siłę potraktować w ten sposób "Goodbye Baby & Amen", brzmiące jak nieruchoma bardowska ballada podłączona do pieca. Zetknięcie z tym utworem nie kończy się paraliżem i gdyby nie interesujące elementy elektrycznego country oraz jazzik pod koniec, zabrakłoby w smutach Webba głębszej idei. Wiarygodności nie dodaje na pewno przesadzona produkcja bo słucha się tego jak perfekcyjnie zremasterowanych Greatest Hits, gdzie takie "Atlantic City" na przykład nabiera całkiem nowej witalności.

Podobnie rzecz przedstawia się z influencjami hardkorowymi, istotnie są tu one obecne, ale w wydaniu miękkim, efekciarskim. Specjalnie odświeżyłem sobie dyskografię Fugazi i mimo, że nie znajduję na Shine A Light jednoznacznych odniesień do któregokolwiek okresu, oczywiście czuć MacKaye'a i Piccioto, tyle że w wersji popowej i uproszczonej. Problem Constantines polega na muzycznym kryzysie tożsamości. Teoretycznie jakieś takie niemrawe hardcore'owe skandowanie pojawia się w "Scoundrel Babes", ale przeprowadzone zostaje w sposób nader wątły. Przy tym waszyngtońskie uderzenie stopione z amerykańskimi wolnościowo-buntowniczymi songami powoduje, że zarówno jeden jak i drugi składnik wydają się namiastką prawdziwej pasji. Ostatecznie jednak album broni się – czy to efektownym hałaśliwym zagęszczaniem przestrzeni bez generowania kakofonii, czy mało zaskakującym, ale cholernie trafnym rozprowadzaniem motywów. Z bólem trzeba przyznać, że w pewnym sensie jest w nim coś bezbłędnego. Tylko, parafrazując Napoleona Bonaparte, wiemy już, że umieją pisać dobre piosenki, ale czy umieją pisać własne piosenki?

Michał Zagroba    
12 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie