RECENZJE

Common
Be

2005, Geffen 6.8

Jeśli 9 bitów na 11 zrobił tutaj Kanye, nie gorzej niż na solowym albumie, a momentami nawet lepiej (groove "Go" przecież, jeden z wielu kawałków w których West udziela się również wokalnie, co wypada nie gorzej niż relaksująco, i w końcu nie irytuje lounge'owy klimat, jako że brzmieniowo westowy do bólu i bogaty w soczyste sample stąd co zwykle) wypadł, swoje dołożył Dilla (aka Jay Dee aka J Dilla), to kolejny dobry album wyrasta. Nie jest killerem, jest kolejnym dla chicagowskiej szkoły producenckiej (nie ukrywam, że chodzi tu wyłącznie o Ye) albumem z tymi samymi patentami, wiewiórkami, starannie doszlifowanym i wygładzonym podtartakowo brzmieniem werbli. Plus źródłosampl z tej samej beczki. Ztejsamiutkiej. Wokale soulowych klasyków (zwiewiórkowane tudzież sfragmentaryzowane i wklejone), wszędzie pełno pianinowych akordów ułożonych nieznacznie inaczej niż w oryginale. Wiadomo. A jest to generalnie bardzo dobra wiadomość dla zdegustowanych pozorną nieprzystępnością poprzedniego, średniawego longplaya Commona, Electric Circus (Chociaż miał momenty. "ELECTRIC-WIRE-HUSTLER-FLOWER". Wracać i tak nie będę, bo płytę zgubiłem, ale dostęp do owego zapisu zawsze już będzie prosty i oczekiwany.). Dla reszty też dobrze, bo nie ma się do czego przyczepić. Jeśli ktoś szukał hiphopowych Faust-izmów czy chicagowskiego Däleka, to srogo się zawiedzie (bo kto wie gdzie, przy opozycyjnym planie wydarzeń, wylądowałby brzmieniowo Sense). Jest producent, który zapewnia coś innego – hooki i Common, stary dziad już, tekstowo bliżej ziemi i problemów codzienno-egzystencjalnych postanowił osiąść. Technicznie coraz spokojniej. Ktoś ostatnio uruchomił ogólnie zaadoptowaną tendencję do zachwalania klimatu poszczególnych płyt. I można by powiedzieć, że miękki (wia do mo), pulsujący, czy inne grafomaństwa.

Mateusz Jędras    
4 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie