RECENZJE

Coma
2005 YU55

2016, Mystic 2.1

"Nie mucha to, ach! Lecz planetoida! / Duch we mnie zadrżał i jęknął z tęsknoty / Wydobył z siebie pamięć wstecznej formy".

"Po pięciu latach od ostatniego wydawnictwa ukazuje się eksperymentalny koncept album balansujący na granicy muzycznego audiobooka i klasycznego rockowego albumu. Jak zaznaczają twórcy płyty, tym razem ich uwaga skupiła się na warstwie tekstowej, która stanowi tutaj nadrzędną rolę. Szesnastoczęściowa historia jest opisem kryzysowych momentów życia Adama Polaka głównego bohatera opowieści. Momentem zwrotnym w jego życiu jest czas nieoczywistego spotkania z planetoidą o nazwie "2005 YU55". Wpływ jaki wywiera owo spotkanie jest bodźcem dla pogłębienia świadomości o własnym życiu i ukrytych mechanizmach, którym ono podlega". Adam Polak, asteroida, Coma, Adam Polak, Adam, muzyczny audiobook, Polak Adam, Adam Pol... skupienie na warstwie tekstowej, warstwie teks...

625/recenzja_1411_Coma_kolaczyk_zdjecie.jpg - coma1

...towej, warstwie tekstowej. Eksperymentalny, koncepcyjny – niepewność zostaje dość szybko rozwiana, a my wiemy, że stoimy na znanym gruncie, gdy po pierwszej minucie w tekście pojawia się herbata (tym razem nie krzyczy), z automatu strzela w sufit przygotowany na ten moment korek od ruskiego za szóstkę. Jednak nie bądźmy wiecznie tacy ironiczni i nadęci, świadomość tego jak ten zespół potrafi być słaby wyryła się już na stałe w podświadomości przeciętnego polskiego słuchacza (ciekawe dlaczego?), a nawet sami fani z każdą płytą zaczęli odwracać się od postępujących dziwactw lidera. Dowalenie dla pustego poklasku: "hehe!!! Koma h*j Xdd", po pierwsze jest mało oryginalne, po drugie nikomu posoka z frustracji nie pocieknie, więc po co? A po trzecie, to tylko beztreściowy formalizm i pójście po linii najmniejszego oporu, bądźmy choć trochę bardziej ambitni, byleby nie aż tak ambitni jak sam Rogucki. Z przytkniętej przez środowisko muzycznej etykietki uciec im się raczej nie uda, tekstowe głębokie piętno pretensjonalności pominę, proponuje zatem spróbować spojrzeć na całość wyczyszczonym umysłem pozbawionym utartych przyzwyczajeń, w fenomenologicznym akcie, ambitnie szukając jakichkolwiek przebitek światłości.

"A liście pachniały i gniły bez echa, bez szlochu".

Zacznijmy od strony wspomnianej liryki, bo to na tym aspekcie rzekomo album bazuje, no i w sumie dlatego, że tu łatwo mogło dojść do sytuacji, w której: "Dusza mi na drugą stronę / Jak worek po ziemniakach / Zaczęła wywracać się i mówić". O dziwo to co zaserwowano, mimo że co chwila wyrzucam na wierzch jakieś toksyczne odpady/cytaty, można skutecznie przełknąć, w końcu tekst to tylko tło, trzecia liga wagi w ocenianiu wartości utworu, tak samo jak treść i kontekst opowiadanej koncepcyjnej historii nie wpłynie nam znacząco na jakość słuchanej płyty. Wciąż co prawda tutaj jest jak jest – po prostu, tylko całkowicie o niczym. Sześć pierwszych utworów o tym, że idzie listopad, później że w końcu jest, a później że mija, i coś dziwnego się w tle dzieje i nadchodzi, i zaraz nadejdzie, ale jeszcze nie nadchodzi, ale w końcu nadejdzie, bo ludzie dziwnie się zachowują, jakaś podskórna zbliżająca się wielka katastrofa, a na końcu i tak nic.

"Zdiagnozowana wnętrzna przestrzeń kosmiczna / Moc mnie pcha wszczepiona przedwiecznie, Wystrzeliwuję satelity rozpoznawcze / Zsynchronizowane wzajem / Na bank / Tak to tam ten horyzont zdarzeń mieści / Konkretyzację koncepcji której aktualnie / Przepracowana percepcja ma pragnie / Tak to tam". Dobra, kurwa, nieważne z tym tekstem.

Zespół stara się jak może, dzięki czemu płyta nie ryje w ziemi głęboko pod powierzchnią 0.0 za co powinni dostać jakieś małe wyróżnienie od partii albo chociaż jakiś paszport Polityki, przynajmniej za to, że pracowali w warunkach ekstremalnych, w podrzędnej roli względem pierwotnego tekstu, do którego mieli post factum napisać muzykę. Utwory takie jak "Taksówka" z klimatycznym pulsem, początek "Łąki" czy pierwsza połowa "Turbacza" oraz "Jest To We Mnie" mają zadatki na naprawdę fajne kawałki. Uniknięto długich, ciągnących się w nieskończoność i szafujących monumentalizmem pustych utworów, wzbogacono brzmienie poszerzając paletę dźwięków (to chyba te eksperymenty), oczywiście nie rezygnując ze skrajnie prymitywnych metalowych potworów. Całość snuje się gdzieś tam po uszach dość przyzwoicie. Jednak gdy czujemy, że coś z tego mogłoby być i oto hostia przemienia się na naszych oczach w ciało Chrystusa, wtedy wchodzi on cały w splendorze, a ja muszę w ten splendor wkroczyć, aby w końcu uwierzyć, że to co się tu odbywa to nie jakiś chory rodzaj autoparodii, parodii muzyki jako całości, czy bardziej parodii parodii, i ja w tą jego manieryczność również wejść muszę, palec w bok albo gdzie się uda włożyć, "tu biały pępek tajemny gdzie bałem się wkładać palec / Bo czułem, że wchodzę do środka, co boli, tkwił / Skrojony z miękkich części biały łuk podbrzusza lśnił / Triumfalny i śpiewał hymn wewnętrznych twoich krain".

Jednak to na serio. Bo cokolwiek się nie stanie, jak dobrze by muzykom nie szło, to Rogucki za punkt honoru ustanowił sobie sabotowanie całego projektu (udawanie Wrony w "Łące", jakaś zgrywa z Turbo czy innego polskiego heavy metalu w "Cwale" śpiewane chyba z podhalańskim zacięciem). Wszystkie te quasi melodeklamacje brzmią jak jakaś wielopoziomowa zgrywa, zakład o flaszkę, koniecznie żurawinową z sokiem bo "zebrałem się w sobie i mówię jej sok...A ona, że co? A ja, sok kurwa miałaś mi podać!". Poziomy absurdu, patosu, kontrastu na linii tekst/muzyka i to coś dziwnego co robi ustami Rogucki na mikrofonie to jest jakaś niezrozumiała, nawet dla fanów zespołu abstrakcja, lądująca w stopniach "co tu się właściwie stało" gdzieś koło żółtej magnetycznej gwiazdy od "Dosko".

"Spod parapetów krople krop / Wypastowanym krokiem stąpam / Ze wstydem kupiłem kondomy / jak się czerwony zrobiłem przy ladzie. Ja leżę i słucham, gdy śpiewać zaczęła do ucha królowa biedronek / Ładna / Biedronka, hihi, jeszcze całusa przesyła / Czuję jak można z naturą blisko / I we mnie zaczyna osad jakiś krystalizować się / Wytrącać (No one can tell me what the fuck) / Ta sól bytów, kryształek gruszki i myślę (Is going on) popijam. O bożesz ty mój co użyłem / co się nie, w wyobraźni, natworzyłem / scenariuszy, pozycji, smaków / a ona mi mówi, że tamto to nie/bo aż tak to się dobrze nie znamy".

Dobra, ten cytat na koniec to manipulacja i zlepka dwójki utworów, ale wciąż jest lekko niepokojąco. Generalnie to "hehe!!! Koma h*j Xdd", jednak uczciwie trzeba zaznaczyć, że istnieją tu jakieś przebłyski świadomości, do piwa dla fanu, pośmiać się, poprawić sobie humor, przeżyć METAFIZYCZNE doznanie płyty pikującej do zerowej wartości. A tak całkiem serio ryzykując wyklęcie, porzucając sztuczną pozę – znam się na tym co mówię – gdyby nie te odpały to ja bym to z przyjemnością słuchał. Jako że często podnoszone są ostatnio głosy odnośnie tego, po co tyle strzępić ryja na nowe Comy i inne tego typu zespoły, już śpieszę w wyjaśnieniach:

"Po pierwsze, zmysły obezwładnione rozpaczą zmrożone późnym listopadem sprawiły, że doznawałem przepotwornego weltschmerza, jednego z tych potworów, które zmieniają na później wszystkie tory rozumowania, pojmowania rzeczy wraz z przyległymi punktami widzenia, a na teraz mi on zniekształcał możliwość analizy bodźców zewnętrznych paraliżując władność umysłu nad zarówno zdolnością myślenia abstrakcyjnego jak i umiejętnością kontrolowania podstawowych czynności życiowych świadczących o życiu. (np. ruch) przypadłość diagnozowana objawowo: halucynacje wzrokowo – słuchowe, niepewność wszystkiego, błogość".

"Po drugie z perspektywy podmiotu czynności twórczych próba opisania w podobny sposób podobnych zdarzeń podtyka możliwość posądzenia osoby opisującej, z równoczesnym ominięciem Efektu artystycznego pracy, posądzenia o naiwność".

"Po trzecie: podmiot mi się waha międzysferycznie, między sferami rozpięty w panice i żaden z wymiarów nie jest autentycznie ni wiarygodny, ni potrzebny bym nie brnął dalej, skoro już zacząłem, bym nie brnął do pointy i tak. Przemieniam się zatem dzielnie z powrotem w podmiot liryczny, Tym samym ucinam rozterki autora, ucinam dygresje i liczę na rozwinięcie się i finał pączkujących od wcześniej, owocem pachnących tajemnic zawartych w owej tu historii, opowieści". Historii opowieści, warstwie tekstowej, Polak, Adam Polak, audiobook, Polak Adam, czy on na serio chciał wyruchać biedronkę? Łąka, Adam Polak, Adam no i Polak, Coma, Adam, rozszerzanie świadomości, warstwa tekstowa, Adam Polak, Polak, asteroida, Polak, warstwa tekstowa, Adam, Adam Polak.

"Łąka zwróciwszy się piersią do góry / Łykała ciszę gęstą jak grochówka wojskowa".

625/recenzja_1411_Coma_kolaczyk_zdjecie2.jpg - coma2

Michał Kołaczyk    
18 listopada 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy