RECENZJE

Cloud Nothings
Life Without Sound

2017, Wichita 5.5

Czy jesteście gotowi na popowo-gitarowo-analogowy rozwał!? Jesteście? No tak średnio, i tak spodziewałem się dużo gorszej reakcji. Czy nowe Cloud Nothings jest nudne? Bo z takimi opiniami często się spotykałem. Nie, to na pewno nie jest nudna muzyka, nie zasnąłem, udało się przeżyć do poranka, żyję, więc można to trochę między mity... Zwłaszcza jeśli w niektórych co jaśniejszych miejscach świetnie się można bawić, ustawicznie podrygując na fotelu do co fajniejszych melodyjek, co do kreowania których goście mają niezłą iskrę.

Zatem czy jest ona dobra? Tu już robi się dużo trudniej z odpowiedzią. Na pewno nie jest zła, trafia się tutaj naprawdę wiele dobrych momentów, a niektóre mogą nawet bezpośrednio reanimować te trochę już wyblakłe wspomnienia ładniejszych, przesadnie emocjonalnych indie-chwil spędzanych późnymi wieczorami przy takich Wrensach czy innych typach pokroju Built To Spill, dorzucając do dobrze znanego pakietu trochę większą dawkę skondensowanej młodocianej agresji.

W sumie mógłbym zakończyć to tu i teraz, zostawiając was z posmakiem bardzo dobrego albumu, jednak Life ma diabelnie ciężki, nieprzebaczalny z punktu widzenia teologii muzyki, grzech – jest potwornie bezpłciowy. Ugrzecznione, doprecyzowane brzmienie bezpardonowo zamordowało tego nieskrępowanego ducha, do którego goście z Cleveland nas przyzwyczaili. W szczególności uderza tu sposób, w jaki tworzona jest tu linia wokalna, wykastrowana napchanym w usta wokalisty kilogramem prozaku. Dość szybko energiczna oraz buntownicza kurtyna opada, ukazując całą zmechanizowaną, zdehumanizowaną konstrukcję kryjącą się za wydawnictwem. Wszystkie te proste, dobrze znane sznurki, wahadła, przekładnie, szybko doprowadzają do uświadomienia sobie unoszącego się po całym pomieszczeniu zaduchu straszliwej rzemieślniczości, połączonej z ciężkim do obronienia wrażeniem wszechobecnej sztuczności, w sensie: pozbycia się tutaj tego ludzkiego, niedoskonałego pierwiastka, który nobilituje i napędza ten typ grania. No i pozostało nam jeszcze spojrzenie na nowy materiał przez pryzmat ich dyskografii, na tle której nowe wydawnictwo nie wytrzymuje albumowego bagażu przeszłych dokonań, w szczególności jeśli wszyscy zapamiętaliśmy je jako niezwykle przyzwoite w swojej specyficznej klasie.

Czas wydać wyrok – ostatecznie limbo dwu-kreskowe, średniak, przeciętniak, life without Life Without Sound nie byłoby gorszym miejscem, lepszym także by nie było.

Michał Kołaczyk    
10 lutego 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie